wiersze   zarejestruj swój dom wiersze
wiersze opowiadania

wiersze, opowiadania, wierszyki

LOGOWANIE:
nie pamiętam hasła
menu podręczne:
Pomóż nam w promocji:

Jeśli podoba Ci się ten serwis, lubisz czytać i pisać wiersze i opowiadania oraz jeśli prowadzisz stronę lub bloga - pomóż nam w promocji! Wystarczy, że zamieścisz poniższy link:

<a href="http://www.miastopisarzy.pl" target="_blank">wiersze </a>

Dziękujemy! Administracja miasta.

wyszukiwarka:
polecamy serwisy:
Prolog

1



Prolog

Świat był tak piękny, że niewytłumaczalne uczucie przepełniało duszę. Niewielka przestrzeń wokół starego fortu tchnęła tajemniczością i pociągała z nieodpartą siłą. Z każdego zakątka wabiło Nieznane.
Szybki lot ważek przyciągał oko migotliwymi błyskami, a chwiejne motyle, niezdecydowanie kołując, zataczały się jak pijane. Monotonny świergot wróbli było słychać cały dzień, pełen dziecięcych okrzyków i nawoływań młodzieży.
Fosa z czerwonych cegieł zazdrośnie strzegła, nieprzekraczalną linią zakrętu, swych głębin. Tam były straszne dziedziny nieznanych sił, gotowych dopaść nieostrożnego odkrywcę. Groza zakazanych obszarów zatrzasnęła spiżowe wrota przed śmiałkami gotowymi na wszystko.
Dno fosy darzyło poziomkami i kwiatami stokrotek na dziewczęce wianuszki. W szczelinach przy murze żyły wiotkie stworzenia - niby małe jaszczurki z żółtawymi brzuszkami, ale bywały też i osobniki czarne, strojne grzebieniem, jaskrawobrzuche.
Kazamaty fortecy otwierały się szeregiem okien na fosę, z których jedno było szczególne. Napawało dziwnym lękiem, ale też kusiło, by rzucony zuchwale kamień trafił celu. Metalowa okiennica, zawsze zamknięta, napełniała wtedy otoczenie głębokim głosem dzwonu. Świętokradczy czyn wzbudzał lęk i niewytłumaczalną trwogę, a czyste tony biegły echem w ciasnej przestrzeni, cichły wśród ceglanych ścian i zapadały głęboko w serce.
Wewnątrz budowli labirynt korytarzy straszył ciemnościami i wszystkim tym, co mogą kryć nieprzeniknione mroki. Zjazd po metalowej poręczy w czerń dolnej kondygnacji niszczył wprawdzie ubogie ubranie, ale nobilitował w oczach rówieśników i podnosił na duchu. Wielkie przejście wyprowadzało na nigdy nie oglądane tyły i dach fortu. Przywilejem kotów, świecących oczami, było swobodne bieganie po odgrodzonym rewirze. W czasie sianokosów żołnierskie wozy dudniły głucho pod sklepieniem. Potem wszystko odcinała żelazna krata.
Wąski most na fosą prowadził wprost do stalowej bramy w okalającym całość murze. Zwinne jaszczurki wygrzewały się tam na słońcu. Po lewej stronie wpuszczono w ziemię niewielką budowlę. Była to osobna, prawdziwa rezydencja mieszkających w forcie biedaków, wyrzuconych burzą kryzysu i różnych wypadków losowych na skalisty brzeg ponurej egzystencji, bez nadziei powrotu na pewny pokład solidnego statku stabilizacji. Strome stopnie chroniła bariera z rur.
Poza murem las i zarośla skrywały wielkie Nieznane. Zaniedbana droga, biegnąc płytkim wykopem, mijała drewniany krzyż na polnych rozstajach. Latem jakieś “dziady” wciągały tam w zboże małe dziewczynki w tajemniczym celu. Zupełnie daleko była egzotyczna Starołęka - część niepojętego świata dorosłych.
W dzień nie było nic szczególnego w tym hasaniu i buszowaniu po krzakach i wykrotach. Słońce rzucało jasne plamy na zieloną trawę i swojski teren. Pogoniom i gonitwom nie było końca. Zakamarki, ukryte przed ciekawym wzrokiem starszych, były miejscem zakazanych zabaw: tam wychodziły na jaw i podlegały dokładnym badaniom różnice płci.
O zmierzchu to otoczenie przechodziło niewytłumaczalną przemianę. Przyjazne światło dnia ustępowało ogarniającej wszystko szarości. Na każdym kroku szelesty i szmery, trzaski i szum liści, przytłaczały, osaczając nieostrożnego wędrowca. Lecące z bardzo daleka, niewyraźne i stłumione, dźwięki rozpalały wyobraźnię, a nogi niosły wtedy hyżo do domu. Tuż za plecami dyszało Nieznane, gotowe pochwycić i zniszczyć spóźnionego śmiałka. Jakieś straszne jęki głucho zamierały w gęstniejącym mroku, gdzie wielkie, żółte zwierzę wylegiwało się w ogrodzie Mielochów.
Wiosną w pobliskiej kaplicy słodko pachnące bzy stroiły ołtarz. Wśród melodyjnych pieśni zanosiło się prośby do dalekiego i nieznanego Boga. Pogodny nastrój kontrastował z powagą wieczornego i porannego pacierza, niemiłosiernie długiego dla obolałych kolan.
Niedaleko rzeczka Cybina omywała stoki kopca. Ze szczytu można było dostrzec Miasto, a serce zamierało z pędu po spirali drogi nad bezdenną przepaścią. Białe kwiaty nenufarów strzegło daremnie czarne błoto: niejedną dziewczynę zachwycał wiotki bukiet.
Przy młynie cicha woda stawów wpadała przy jazie białą strugą. Nieprzeniknione wiry, marszcząc połyskliwą powierzchnię, płynęły coraz dalej i dalej, aż nikły i nurt gładko niósł male listki i gałązki. Wielkie zielone żaby skakały z pluskiem bez obawy w tajemnicza głąb, by po chwili badać sytuację złotymi oczami.
Zarośla kłującego czarciego żebra porastały wilgotne miejsca niedaleko zaniedbanego cmentarza. W Dniu Zmarłych kolorowe światełka, migocąc wśród zapadniętych grobów, przypominały o istnieniu okropnego świata duchów. Nikt nie wiedział dokładnie, gdzie jest ta kraina bez powrotu. O niej bano się mówić przed nocą i lepiej było nie drażnić mieszkańców zaświatów.
Ale ten cudowny świat zawalił się niespodziewanie i ostatecznie w gorących dniach kończącego się lata, dokładnie 5 lat i 8 miesięcy po moich narodzinach.

Opis miejsca
Trzeba zacząć ab ovo.
Początek twierdzy poznańskiej, sięga dnia 3 kwietnia 1828 roku, kiedy to Fryderyk Wilhelm III wydał gabinetowy rozkaz, nakazujący ufortyfikowanie Poznania według przyjętych planów
W maju 1828 roku kpt. von Prittwitz wraz z grupą pięciu oficerów przeprowadził dokładne pomiary w terenie i wytyczył zarys przyszłych umocnień Cytadeli. Dzień 23 czerwca 1828 r. przyjmuje się za początek jej budowy.
W dniu 21 lutego 1829 roku sfinalizowano szczegółowy projekt twierdzy, co miało miejsce po zakończeniu prac pomiarowych na Wzgórzu Winiarskim przez zespół kierowany przez kpt. von Prittwiza. Specjalny zespół saperów fortecznych z Głogowa przybył więc w związku z tym dniu 11 maja tegoż roku do Poznania.
Wsie Bonin i Winiary, położone w miejscu planowanej twierdzy przeniesiono w okolice Sołacza
Po roku 1870 znalazły uznanie nowe koncepcje sztuki fortyfikacyjnej, opierające obronę twierdz na samodzielnych fortach, których całkowita przewaga nad starymi umocnieniami pierścieniowymi okazała się od roku 1873.
Tak więc dnia 24 czerwca 1872 r. Najwyższy Gabinet Ministerstwa Wojny polecił ufortyfikować Poznań według nowych wzorów, w ramach standaryzacji całego systemu twierdz niemieckich.
Dopiero jednak w roku 1875 uzgodniono wszystkie szczegóły konstrukcyjne i techniczne i naniesiono na plan miasta i okolic przyszły zarys nowej twierdzy.
W pracy zbiorowej pod redakcją Bogusława Polaka pt. “Poznańskie fortyfikacje” (Wydawnictwo Poznańskie 1988 r.) czytamy:
“...Zasadniczym jej trzonem miała zostać stara twierdza pierścieniowa, zwieńczona Fortem Winiary, nazwanym teraz Festungs-Werke. Przedsięwzięcie podzielono na trzy etapy - obecny, dalszy i kombinowany - oznaczając każdy innym kolorem. Etap obecny miał się zakończyć wybudowaniem dziewięciu fortów głównych i jednego dzieła pośredniego (Zwischenwerk). Fort I zlokalizowano przed folwarkiem na Starołęce, na prawym brzegu Warty; Fort II -między Żegrzem a Pokrzywnem; Fort III - na Białej Górze; Fort IV - za Główną, przy linii kolejowej Poznań-Toruń; Fort V - przed Naramowicami; Fort VI - przy Nowych Winiarach; Fort VII - przed folwarkiem Edwardowo, obok skasowanego odcinka torów kolei stargardzko-szczecińskiej; Fort VIII - na przedpolach folwarku Marcelino i Junikowo; Fort IX - za Górczynem. Dzieło pośrednie otrzymało numer IVa i usytuowane zostało na brzegu zakola Warty, między Fortami IV a V. Zamierzano połączyć wszystkie dzieła szosą okrężną (Ringstrasse)...”.
Plan ten został zatwierdzony na szczeblu centralnym w dniu 24 lutego 1876 r.
Najlepiej opisuje miejsce, czyli Fort III Prittwitz (nazwany w wolnej Polsce imieniem Generała Niemojewskiego), cytowana wyżej książka pt. “Poznańskie fortyfikacje”. A więc jeszcze raz czytajmy:
“...Ogólnie forty poznańskie dzieliły się na pięciokątne i trapezowe. Pierwsze (główne) występowały przeważnie z kaponierami w czole. Odstępstwem od tej reguły był Fort V przy obecnej ulicy Lechickiej, posiadający w czole kaponierę zewnętrzną, tj. w przeciwskarpie fosy. Dzieła główne posiadały duże działobitnie i pomieszczenia dla 2-3 kompanii piechoty. W - przekroju pionowym miały profil jednowałowy. Szyja fortu tworzyła wał strzelecki, który na lewym i prawym skrzydle posiadał baterie ziemne na 6 dział każda i po 12-16 schronów na całej swej długości. Fort otaczała sucha fosa, szeroka na 10 m i głęboka na 9 m. Jej skarpa i przeciwskarpa licowane były murem ceglanym. Mur przeciwskarpy, o łukach wypróżnionych, miał na czole podwójną kaponierę (kojec) zewnętrzną, której zadaniem było przestrzeliwanie fosy. Dojście do kaponiery czołowej prowadziło przez poternę umieszczona pod skarpą. Mur przeciwskarpy uwieńczono kratą forteczną o wysokości 2,5 m., posiadająca daszki nad kojcami, zabezpieczające przed zrzucanymi z góry granatami. Szyja fortu miała zarys bastionowy. Wewnątrz, pod wałem strzeleckim, znajdowały się piętrowe koszary szyjowe dla załogi oraz wysunięte do czoła parterowe magazyny, prochownia i laboratorium połączone z koszarami korytarzem. Wewnętrzne ściany koszar były ceglane, a z zewnątrz sklepienie kolebkowe o grubości 1 m przykryto osiemdziesięciocentymetrową warstwą piasku. Cały ten masyw wzmocniony był żwirobetonem i nakryty z góry ziemią. W poprzecznicach wału artyleryjskiego znajdowało się 9 parterowych schronów pogotowia; były tam również remizy artyleryjskie. Dookoła fortu, na zewnątrz, prowadziła tzw. kryta droga na stoku bojowym, powtarzająca swym ciągiem rozwartokątny narys fortu. Od strony szyi rozszerzała się, tworząc plac alarmowy, na którym -przy podejściu do głównej bramy- znajdowała się wartownia. Wjazd do fortu zamykała stalowa brama. Pomiędzy nią a przeciwskarpą przerzucony był drewniany most stały...”.
Fort III szczęśliwie uniknął rozbiórki, jaką już od 1919 roku zaczęto przeprowadzać wśród dzieł fortecznych dla uzyskania terenów pod rozwój Poznania, zaś zakończono jej pierwszy etap w 1928 roku. Prace wyburzeniowe miały między inymi złagodzić bezrobocie, tragiczne na poznańskim rynku pracy, więc np. w 1926 roku zwiększono do 120 osób liczbę robotników zatrudnionych we wschodniej części miasta przy burzeniu obwałowań i murów fortecznych.
Stojąc tyłem do żelaznej bramy, która dzisiaj nikomu nie broni wstępu, po lewej stronie widać pochylnię do fosy, na wprost sfatygowany most prowadzi w czeluść ponurych pomieszczeń, a po prawej niewielki budynek wartowni pilnuje niepotrzebnego już placu broni. Na lewo i prawo od sklepionego wejścia podkowa tylnej części fortu przedzielona jest rzędami okien górnej i dolnej kondygnacji. Nad łukiem wejścia bieleje ślad po nazwie fortu, a zniszczony wał porasta wszelkiego rodzaju zielsko. Każdy może zwiedzić przynajmniej część kazamat, bo dyrekcja Wielkopolskiego Ogrodu Zoologicznego przebudowała jedno z pomieszczeń okaleczonej twierdzy na Salę Kominkową, wynajmowaną na wszelkiego rodzaju imprezy i uroczystości.
“Tak przemija chwała świata”


Opisanie ludzi

Trudno jest pisać o ludziach, bo każdy widzi siebie tak, jaki chciałby być, a nie jakim jest w rzeczywistości. O ile jakoś można zrelacjonować cechy fizyczne, to jak pisać o duszy ludzkiej, kiedy sam zainteresowany jej nie zna. Każdy zaś z nas w zakamarkach świadomości skrywa częstokroć fakty i myśli tak straszne, iż nie chce się przyznać nawet przed samym sobą do tego najtajniejszego z tajnych archiwum. A jednak trzeba spróbować. Nawet dysponując tylko wyrywkowymi danymi.
Najlepiej systematycznie, a więc według architektury Fortu III Graf Kirchbach-gen. Niemojewski. Bez żadnej pewności, czy kolejność zajmowania poszczególnych lokali jest zgodna z ówczesnym stanem zasiedlenia. Bowiem pomieszczenia fortu były dzielone w razie potrzeby na mniejsze izby.
Piętro, strona lewa.
- Garncowie, mające trzy córki: Helenę, Jadwigę i Krystynę. Ojciec córek wyniósł z Wielkiej Wojny, nazywanej obecnie pierwszą wojną światową, inwalidztwo znaczone licznymi bliznami na twarzy. Owdowiawszy około roku 1938 ożenił się ponownie i został ojcem czwartej córki - Zofii;
- Jaśkowiak, samotna przez pewien czas - z przyczyn już nieznanych - matka Haliny i Henryka, wsławionego skończonym szczęśliwie tylko złamaniem obojczyka upadkiem do fosy. Krótko przed wojną (ta drugą w/g numeracji obecnej) wyszła za mąż za pana Srokę;
- pani Marianowska z trojgiem dzieci: Marianem, Ireną i niesfornym Teofilem, zwanym przez swoje zamiłowanie do harców i wyczynów na każdym napotkanym drzewie - Kowboj;
- Gajewscy z córkami Joanną i Gabrielą. Reemigranci z Francji;
- Marzyńscy z trojgiem dzieci: Marianną, Stefanem i Janiną;
- wdowa p. Marciniak, borykająca się z wychowaniem i utrzymaniem Pelagii, Mariana i Bolka, noszącego swojsko brzmiące w Poznaniu pseudo Cyntnor (centnar) - z powodu rzucającej się w oczy - na tle lichych mieszkańców - tuszy;
- Chudzińscy z Terenią i Martą;
- Górni, prawdopodobnie z jedną córką;
- Furmaniakowie z dwojgiem dzieci: dziewczynką i chłopcem. Niemiła przygoda z żabami, jaka ich spotkała za sprawa psotnej Anieli Tyrakowskiej, wydaje się z fizycznego punktu widzenia nieprawdopodobna, ale życie składa się prawie w całości z takich właśnie zdarzeń. Otóż to żywe dziecko nazbierało kiedyś w fosie sporą ilość małych żabek i przez otwarte okno wrzuciła je ,pod nieobecność domowników, przez otwarte okno do mieszkania;
- Ławniczakowie z córką Barbarą i bliźniakami Michałem i Rafałem. Szczególną cechą bliźniaków był zez znacznego stopnia;
- Machniccy zapisali się w pamięci tylko czwórką dzieci: Haliną, Henrykiem, Jerzym i Marylą;
- wreszcie Jarczaszkowie z synem Janem, który pewnego wieczoru, w czasie gry w klipę -czego byłem świadkiem- stracił oko uderzony drewnianym klockiem. Małżeństwo to ciągle miało jakieś swoje spory, które nie omijały także sąsiadów;
- i - gdzieś od początku roku 1934 - my, Józefa i Aleksander Drewnikowie z siedmorgiem dzieci. W kolejności starszeństwa: Hilary, Eugenia, Janina, Karol, Irena, Helena i Aleksander, wiecznie biegający po zaroślach i łąkach, tylko migała czerwona czapeczka, jako sygnał, że jeszcze się nigdzie nie zapodziałem. Hilary chodził wtedy do gimnazjum.. Siostry - za wyjątkiem Heleny- uczyły się w szkole na Osiedlu Warszawskim, a Nina, jak wspomina jej koleżanka Joanna Gajewska, otrzymał za dobre ukończenie II klasy książeczkę do nabożeństwa, czarną, Joasia zaś fioletową. Irena w 1939 roku miała rozpocząć drugą klasę. Heleną zachwycał się pan Gajewski, porównując najmłodszą Drewnikównę do obrazka. Mama dźwigała całe brzemię opieki nad siedmiorgiem dzieciaków, a ojciec pracował wtedy u Cegielskiego, oddział na Głównej, porzuciwszy na razie marzenia o dobrobycie i własnej firmie. No tak.


Piętro -strona prawa.
- Bajzert lub Beizert z dwiema małymi córeczkami. Oboje ,lub jedno z nich, byli z pochodzenia Niemcami. Pani B., z wyznania ewangieliczka, tuż przed wybuchem wojny przeszła na katolicyzm, gorliwie ucząc się katechizmu nawet w czasie codziennych zajęć. Po wejściu Niemców uzyskała status reichsdeutscha;
- Śliwińscy, bezdzietni przez okrutny los, gdyż wszystkie czworo dzieci umarło wkrótce po urodzeniu: ostatnia dziewczynka urodziła się i zmarła w okresie krótko poprzedzającym wybuch wojny;
- Grandke z trzema małymi córkami: Anną, Henryką i Józefą. Była jeszcze jedna dziewczynka, Karolina, która pojawiła się w tej rodzinie tuż przed wojną, uczennica II klasy szkoły powszechnej, tak uboga, że za całe szkolne wyposażenie służył jej jeden zeszyt w linię i kawałek stolarskiego ołówka w pudełku od zapałek;
- Waszak, rozwódka, z synem i córką. Była podziwiana za swój niezwykły stan posiadania - radio detektor, cudo ówczesnej techniki i obiekt westchnień zadziwionych postępem techniki ludzi;
- Szymańska, samotna, której dwie córki wychowywały się gdzieś poza domem;
- Galubowie z jedynym synem Henrykiem;
- samotna kobieta z dwojgiem dzieci: Lilą i Jerzym, pani Matuszewska;
- Nonweilerowie (Nunwajler), prawdopodobnie z synem i córką. On był z pochodzenia Węgrem, z ciągle odzywającą się w nim wojowniczą duszą prawdziwego Madziara, szczególnie po wzmocnieniu nastroju popularną w owych czasach “bombką”. Wtedy przeistaczał się w wojskowego dowódcę, wydając bez względu na porę doby całej rodzinie najróżniejsze komendy. Schorowana pani Nonweiler zdołała jeszcze -właściwie na łożu śmierci, ciężko chora na gruźlicę- zalegalizować swój związek, a to dzięki niestrudzonej działalności misyjnej w tym względzie mojej mamy;
Ale pan Nonweiler w okresie Gwiazdki przeistaczał się w czarodzieja, prowadzącego dzieci całej fortecy w cudowny świat narodzin Jezusa. W pięknej szopce dzieciątko radowały nie tylko wół i osioł oraz trzej królowie, pchający się przed pasterzami do żłóbka, lecz najprawdziwsza fontanna, tryskająca z cichym szmerem pośród całej tej cudownej scenerii.
I może byłyby te wspomnienia o chwackim Madziarze, głośno domagającym się broni we wrześniu 1939 roku (..-Dajcie mi karabin, bo idę bronić ojczyzny..) jednymi z najpiękniejszych, gdyby nie tragiczny los jego córki, zesłanej do obozu koncentracyjnego w Oświęcimiu za odmowę podjęcia dodatkowej, zupełnie bezprawnej, służby u przyjaciółki swojej niemieckiej chlebodawczyni. Tam przypadkowo na jej akta natknęła się moja mama i spotkały się przy najbliższej sposobności. Biedna dziewczyna wypłakała w ramionach dawnej sąsiadki swój ból i opowiedziała historię zesłania.
- Tajchert (Teichert), samotna, nie lubiąca płakać wdowa;
- wreszcie Feter, mający jednego syna.
Parter - strona lewa.
- Jasińscy z czterema synami: Henrykiem, Romanem, Czesławem i Janem. Prawdopodobne zatrucie miedzią w czasie pracy zawodowej spowodowało u p. Jasińskiego zaburzenia mózgowe, czyniąc z niego inwalidę;
- Szufladowiczowie, słynni z ziemniaczanych placków na tranie, którego zapach przenikał całe otoczenie. Wszyscy upajający się tymi aromatami z pewnością przeszli już czyściec na ziemi. Mieli czworo dzieci: Krystynę, Urszulę, Mirosława i ostatnie, nie znane już z imienia, urodzone już po wybuchu wojny;
- Tamborscy z sześciorgiem już dorosłych dzieci: Władysławem, Franciszkiem, Wandą, Stefanem, Martą i Bogusławem;
- Tyrakowscy z czworgiem dzieci: Frankiem , pięknie śpiewającym, ale też i nieobcy mu był państwowy wikt i opierunek, Marianem, Emilią i najmłodszą - łobuziakowatą Anielą. Nawet uroda ropuchy nie odstraszyła je od nadmuchania biednego płaza przez słomkę, chcąc zaś zmusić kota do popisów wokalnych wsadziła go do klatki od kanarka i niemiłosiernie szczypała go w ogon. Być może słabość umysłowa jej matki miała jakiś wpływ na charakter tego żywego dziecka;
- Voglowie, szczęśliwa rodzina, gdyż ojciec pracował w Goplanie. Mieli dwoje dzieci: Urszulę i Tadeusza;
- Sobkiewiczowie - mieli troje dzieci: Sabinę, Mirosławę i Aleksandrę;
- Gorzejewscy z pięciorgiem dzieci. Dorosła córka Władysława miała już córeczkę Zosię, dwaj nastolatkowie już nie znani z imienia (jeden nosił pseudo Malinka) oraz najmłodsi Wanda i Sylwester. Ojciec rodziny usilnie starał się zalać trapiącego go robaka. To do nich przybłąkał się na początku wojny wielki bernardyn Luks;
- pani Guzińska, prawdopodobnie była już wdową z dwiema dorastającymi córkami.

Parter - strona prawa.
- Maćkowiakowie, z początkiem wojny przeszli przezornie na właściwą narodowość (chociaż najniższej kategorii). Troje dzieci: Maryla (Krysia) z pięknymi warkoczami, zezowata Bronia i Seweryn z nogami starego kawalerzysty;
- Gruszczyńscy z pięciorgiem dzieci. Dwukrotny wdowiec, żonaty po raz trzeci, ojciec pięciorga, w sumie, dzieci: dorośli już Józef i Mieczysław, Lodzia i Stefan i najmłodsza Wanda. Józef ożenil się z siostrą pani Gabrieli Gajewskiej-Lange - Joanną;
- Grzybowscy, prawdopodobnie z dorosłą córką Wandą i synem Eugeniuszem;
- Sumińska, prawdopodobnie wdowa z dwojgiem synów. Jeden już żonaty, drugi -nastolatek- popisywał się skokami do Warty z Mostu Chwaliszewskiego w niebezpieczny nurt;
- Irena Sporna, dorosła dziewczyna, bez rodziców, opiekowała się młodszym rodzeństwem - Wandą i Karolem, który nie kochał zbytnio szkoły, wagarował i sprawiał swojej chorej na gruźlicę siostrze ciągłe kłopoty. Chodził do jednej klasy z Gabrysią Gajewską. Biedna Irena umarła tuż przed wojną, a sierotami zajął się pan Czekała, dozorca naszej fortecy. Był prawdopodobnie ich dalszym krewnym;
- Matuszakowie z siedmiorgiem dzieci o dużej rozpiętości wieku: od najstarszej córki Lodzi, już mężatki, do niemowlęcia Henryka. Pozostali, to według starszeństwa: Stanisława, Helena, Mysia, Krystyna i Zdzisław. Pan Matuszak chyba jako jedyny z mieszkańców Fortu III miał stałą pracę na poczcie, ale dochody ledwo starczały na utrzymanie licznej przecież rodziny (sądzę, że mój ojciec też zatrudniony był na stałe u Cegielskiego, potem DWM);
- Stasińscy z ośmiorgiem dzieci, gnieżdżący się w jednym pokoju, bez kuchni, oraz ojcem pani Stasińskiej - Lewandowskim. Dzieci : Marian, Władysław, Stanisław, Janina, Paweł, Roman, Helena i Elżbieta. Pan domu lubił zdrowo popić;
- Nalewajko - małżeństwo z jednym synkiem. Utrzymywali się z handlu obwoźnego: sprzedaży tanich broszek, agrafek, igieł, nici i tym podobnych drobiazgów. Ubogi kramik pan Nalewajko przewoził na równie ubogim rowerze.
Osobne miejsce na terenie fortu zajmowała wartownia, nazywana Willą Flora. Położenie na uboczu dawało jej mieszkańcom poczucie pewnego luksusu i odrębności. Najpierw mieszkali tam Krzyżańscy z dwójką lub trójką dzieci. Józef upamiętnił się ciągłym rzucaniem kamieniami w Gabrysię Gajewską.
Potem zamieszkała w wartowni Przymusińska, wdowa z trzema dorosłymi córkami, z których najmłodsza miała wtedy 15 lat. Prawdopodobnie był jeszcze syn, ale wtedy korzystał akurat z mniej wygodnego lokum z państwowym wiktem i opierunkiem. Willa Flora stała się miejscem uciechy dla fortowej dzieciarni, gdyż wdowa nieustannie była wstawiona, do czego zachęcała swoje córki, wywołując zgorszenie sąsiadów. Wszystkie panie Przymusińskie nazywane były Shirlejkami.
Drugim odrębnym miejscem był mały domek na zewnątrz murów, na prawo od bramy, w którym mieszkali Czekałowie. Pan Czekała był dozorcą fortu i wiecznie zagniewany z powodu bałaganu czynionego przez jego mieszkańców. Być może jego nastrój pogarszał ciągły ból żołądka, o którym rozpowiadał na prawo i lewo.
23 lutego 1940 roku Niemcy przeprowadzili inspekcję fortu, oprowadzani przez dozorcę, pana Czekałę.
Dnia 27 lutego 1940 roku, we wtorek rano, niemal wszystkich mieszkańców Fortu III okupanci niemieccy wysiedlili do obozu przejściowego na Głównej, skąd dalej wywieziono ich do utworzonej z części ziem centralnej Polski Generalnej Guberni.
Na miejscu pozostały, na razie, cztery rodziny:
- Drewnikowie, z powodu pracy mojego ojca w DWM,
- Beizertowie, jako rdzenni Niemcy,
- Maćkowiakowie, jako wpisani niemiecką listę narodowościową volksdeutsch,
- Guzińska.
A i tą resztę przeniesiono niedługo, w mroźny czas, w różne miejsca - nas na ulicę Rycerską (Ritterstrasse) nr 10 m 10. Musiałem później nauczyć się tego adresu po niemiecku (ich wohne...).
Z Fortem związani byli jeszcze inni ludzie: nieprzystępni w swojej rezydencji koło Kopca Mielochowie, młynarz Rabov (Rabow) i siostry zakonne, prowadzące przez krótki czas ochronkę dla dzieci w prawej części fortu na I piętrze.
Mielochowie słynni byli ze swojej lwicy Belli i wielkiego ogrodnictwa, szczególnie pól rabarberowych. Któryś z Mielochów, opowiadano, był pilotem.
Młynarz bez oporów wymieniał ziarno zebrane koło krzyża na mąkę, czym nie raz wspierał rodzinę Gajewskich.
Alexander Wood


komentarze [ 0] Chcesz skomentować utwór? Zaloguj lub zarejestruj się


Copyright by miastopisarzy.pl