wiersze   zarejestruj swój dom wiersze
wiersze opowiadania

wiersze, opowiadania, wierszyki

LOGOWANIE:
nie pamiętam hasła
menu podręczne:
Pomóż nam w promocji:

Jeśli podoba Ci się ten serwis, lubisz czytać i pisać wiersze i opowiadania oraz jeśli prowadzisz stronę lub bloga - pomóż nam w promocji! Wystarczy, że zamieścisz poniższy link:

<a href="http://www.miastopisarzy.pl" target="_blank">wiersze </a>

Dziękujemy! Administracja miasta.

wyszukiwarka:
polecamy serwisy:
Przed burzą
2
Przed burzą
Świat ciągle rzucał swój cień na przyczajoną przy bagnistej dolinie Cybiny fortecę. Żadne zabiegi ubogich mieszkańców fortu o utrzymanie się na powierzchni nędznego życia nie były wolne od trosk dalekiego Miasta i jeszcze dalszego Kraju, których ciche echo stale odbijało się od czerwieni ceglanych murów, napełniając dusze zwątpieniem nawet co do spraw najbliższych i podstawowych dla codziennej wegetacji.
W gazetach grube nagłówki krzyczały coś o jakiś Sudetach i bezczelnych roszczeniach, tylko, że owe roszczenia dotyczyły raz jakiś Czechów, a potem zaraz jakiejś mniejszości szukającej opieki u rzeszy. Mężczyźni prowadzili długie dyskusje, w których zażarcie bronili swoich racji: jedni pełni optymizmu, drudzy pełni zwątpienia i nawet strachu. Mama podśpiewywała piosenkę, że nie damy popradowej fali i opowiadała o dalekim i nieznanym Zaolziu, które powróciło do Polski.
My, dzieciaki, darłyśmy się aż do bólu gardeł: Negus Negester ratuj Abisynię, bo są zagrożone abisyńskie linie. Co to takiego Negus Negester i abisyńskie linie nikt nie wiedział i jakoś nie dopytywał się dorosłych. Wystarczała dźwięczna melodia długiej piosenki, tak pięknie brzmiącej w korytarzach fortu. Śpiewaliśmy także: Morze, nasze morze, wiernie ciebie będziem strzec. Mamy rozkaz cię utrzymać, albo na dnie, na dnie twoim lec, albo na dnie z honorem lec! Nikt z nas nigdy nie widział tego morza, choć miał nadzieję kiedyś je zobaczyć, chociażby po to, aby się przekonać, jak się leży z honorem na jego dnie: może, jak na jakimś wygodnym łóżku. I jak to się takie morze utrzymuje na rozkaz. I co to jest ten honor, z którym można lec na dnie morza.
Z tymi kłopotami i rozterkami dorosłych jakoś dziwnie splatały się zabawki: samoloty i tanki. Samoloty były prześliczne! Maleńkie, srebrne, ze skrzydłami jak ważki, tyle, że wygiętymi przy kokpicie w kształt litery w, które przydawały zabawce wyglądu lecącej mewy. Pod kadłubem przymocowane był kółka podwozia, na nosie kręciło się śmigło. Biało-czerwona szachownica oznajmiała, ze jest to samolot polski, nie do pokonania przez byle jaki samolot niemiecki. Kiedy jednak obdarowany chciał puścić samolot w podniebny lot, srebrzyste cudo, miast lecieć wzorem prawdziwych maszyn, waliło się nosem w ziemię rozsypując wokoło żałosne szczątki, co pogrążało w czarnej rozpaczy dziecięcą duszę.
Inaczej było z tankami. Mały, przysadzisty, kształt trochę przypominał rozpłaszczone jajo, grubszym końcem skierowane do przodu. Na wierzchu była okrągła wieżyczka z armatą, czyli sterczącym patykiem. Małe kółka ukryte pod gąsienicami pozwalały ciągnąć zabawkę na sznurku, albo popychać ją w piasku w wyimaginowanej bitwie. Jeszcze był ogon, pozwalający się opierać zabawce przy pokonywaniu przeszkód i przeciwdziałający wywracaniu się na plecy.
Był to tank angielski.
Te samoloty i tanki budziły wielka zapalczywość dyskutujących mężczyzn. Ojciec był wielkim zwolennikiem obu maszyn, szczególnie samolotów, przy których pracował w wojnie bolszewicko-polskiej jako mechanik, naprawiający drewniane elementy płatowców. Tata ciągle wspominał o strasznych mrozach w jakimś Bobrujsku. Łączył z nimi też Napoleona i Berezynę, czasem wspominał coś o Katarzynie i Iwanie Groźnym.
Spokojne dni dzieciństwa w pewnym okresie zaczęły mącić dziwne sprawy dorosłych, którzy zrobili się niezwykle tajemniczy i zafrasowani. Do dziecięcych uszu coraz częściej dochodziło tajemnicze słowo: Hitler! Wszędzie było dziwnie i niezrozumiale.
Robiono gorączkowe zakupy, na miarę skromnych możliwości finansowych, skrzętnie chowając przed wścibskimi oczami różne paczki i puszki z dziwnymi napisami: ham, cucumbers . W kątach przepastnej szafy leżały zwoje materiałów z dziwnym napisem: wełna bielska.
Przygotowywano proste plecaki z białego lnu i każdy z rodziny miał własny worek na osobiste rzeczy, przymierzany i oglądany w nieskończoność.
Mama poszyła wszystkim dziwne maski z jakiegoś materiału z wszytymi celuloidowymi szybkami, zachodzącymi mgłą. Mówiono o jakimś gazie, który strasznie truje i ta maska miała chronić przed niechybną śmiercią. Ale jak nosić coś tak przerażającego na twarzy, wywołujące okropne duszności? Nic więc dziwnego, że paniczny strach przed tym urządzeniem wyzwalał we mnie okropny krzyk i na nic zdały się wszelkie próby przymierzania zbawiennej maski. Do tego jeszcze mieszano w butelkach mętny płyn, do moczenia prostokątnych tamponów, będących uzupełnieniem tych tragicznie nędznych środków obrony przed niewidoczną śmiercią, tak wielkie mającej żniwo gdzieś daleko i dawno temu, na wojnie wujka Józia, w obcym wojsku.
Mężczyźni dyskutowali zawzięcie, skupieni w małe grupki. Kobiety, narzekając, czyniły różne przygotowania do wielkiej ucieczki w nieznane.
Wszystko ulegało niewytłumaczalnej zmianie. Piękny bernardyn Luks przybiegł kiedyś z resztką sznura na szyi: mówiono, że ktoś go przywiązał w lesie do drzewa, by tam zginął z głodu. Wesoły niegdyś wilczek biegał zapomniany wśród zagonionych ludzi. Mężczyźni odchodzili do wojska, gdzieś daleko, mieli bronić jakiejś Warszawy, gdzie umarła niedawno mama ojca - Helena Śliwińska - i nikt nie pojechał na pogrzeb, bo było daleko i drogo. Starzy i ułomni zostawali z dziwną troską na twarzach o los tych, których nie byli w stanie bronić.
Troska i obawa jutra leżała cieniem na wszystkim. Nikt nie paplał beztrosko o zaletach kremu Nivea, który pielęgnował skórę. Uroki Huculszczyzny przypominały już tylko malowane dzbanki. Pamiątki z Rajczy pokrywać zaczął kurz.
Nauczano, jak chronić okna: papierowe paski niezawodnie wzmacniały szyby przed podmuchem. Bomby najlepiej zasypywać było piaskiem lub zrzucać z dachów. Gaz był najgorszy i rady mgliście objaśniały, co robić.
Surowe siostry Świętego Antoniego już nie prowadziły ochronki w końcu korytarza. A było tak miło! Duża izba pełna była cudów. Koce na podłodze pozwalały bez obaw o ubranie bawić się różnymi zabawkami, z których najdziwniejsze były szmaciane myszy, z ogonkami, szare, patrzące bystrze na świat oczami z kolorowych paciorków. Kiedyś, dawno temu, zjadły one bardzo złego króla Popiela - nie wiadomo dlaczego. Nie był na pewno z piernika, jak ten paź z piosenki mamy, a mimo to go zjadły! Takie małe myszy, uciekające przed byle kim!
Instrumenty muzyczne przechodziły szczegółowe badania swoich właściwości. Mimo tylokrotnego oglądania wspaniałej fujarki z mnóstwem blaszek, dających się naciskać, nigdy nie udało mi się wydobyć z niej żadnego dźwięku, ale też, wydaje mi się, nigdy nie dmuchałem tam, gdzie trzeba, ba, nawet nie dmuchałem w instrument wogóle!
Nie chodziło się na spacery na Kopiec, ani nad Cybinę, tylko trzeba było być zawsze na widoku, w pobliżu domu, najwyżej doglądało się coraz bardziej dojrzewających kasztanów za żelazną bramą.
Kopiec był wspaniały! Wielka góra ziemi, usypana nie wiadomo dlaczego i przez kogo, nad lewym brzegiem Cybiny aż kusiła, aby mozolnie wspiąć się krętą dróżką na sam szczyt, skąd
było widać dachy i wieże dalekiego Miasta. W dole zielona dolina wiła się od wodnego młyna ku dalekiej Warcie i bielały wśród zieleni domki i wille Warszawskiego Osiedla – symbol dostatniego życia. Opodal stary schron kompleksu twierdzy poznańskiej nęcił stromą skarpą, z której można było odważnie skoczyć, ale też i spaść! Tak, jak spadła pewnej niedzieli Irka, rozcinając sobie głęboko czoło! Niósł ja potem ojciec na rękach do domu, strapiony ze źle sprawionej roli opiekuna dzieci na niedzielnym spacerze. Głowa się wygoiła – znak pozostał, zwany żartobliwie ptaszkiem.
Stoki kopca porastały dzikie goździki i inne kwiecie nieznane z nazwy. Trawa zachęcała do kulania się, ale kto by tam miał odwagę stoczyć się po niebezpiecznej stromiźnie. Najwyżej dziki pęd po coraz łagodniejszej serpentynie ścieżki pozwalał zaznać uczucia szalonego ryzyka napowietrznego pędu. Siostry, ciepłą porą, prowadziły dzieci z ochronki na codzienne spacery na kopiec, rozdając do chrupania słodkie marchewki i opowiadając różne historie, ale kto by je tam spamiętał. Otoczenie pochłaniało cała uwagę młodszych, bo tyle spraw było do poznania i tyle miejsc do odkrycia.
W nurcie Cybiny pływały srebrne rybki, jakże trudne do złapania ręką. O zerwaniu białych lilii wodnych mogli tylko myśleć najodważniejsi z dorosłych chłopaków, bo czarna topiel wciągała amatorów letniego piękna. Pośród trawy skakały zwinne skoczki, szare i zielone, głośno cykające, dobre na ryby. Nie raz spod nóg wyskakiwały pękate trajkotki, ratując się niedalekim lotem czerwono lub niebiesko nakrapianych skrzydeł. Jaszczurki, jak wszędzie, uciekały od byle ruchu, a czasem jakieś małe stworzenie szeleściło w krzakach, pośród suchych liści.
Mama coraz częściej śpiewała jakieś smutne pieśni, o krzyżu i cierpieniu, o opiece Pańskiej i smokach. Jednak nuciła i historię o królu, paziu i królewnie, którzy zostali zjedzeni przez psa, kota i myszkę. I zawsze, na pociechę, dodawała, że z cukru był król, z piernika paź, królewna z marcepana. Mieszkali wszyscy wśród róż i nie znali burz, a cała rzecz była najzupełniej pewna. Aż ślinka leciała na myśl o tych łakociach.
Smutek mamy może brał się i z tego powodu, że odłożone pieniądze na przyrzeczone w najbliższym czasie przez prezydenta miasta Cyryla Ratajskiego, tanie mieszkanie, okazały się daremnym wyrzeczeniem lepszego bytu w ponurych murach fortu.
Skończyły się coniedzielne, wesołe przechadzki, fosą wokół naszej małej fortecy, w radosnym nastroju oczekiwania lepszego obiadu, plecienie przez starsze siostry wianków dla Helutki i próbowania winka z modraków, robionego przez Karola.
Z tym winkiem była cała tajemnicza historia, zresztą jego wyrób był popularny w forcie. Trzeba było cierpliwie zrywać płatki chabrów i zalać wszystko w butelce słodką wodą, a całość postawić na słońcu. Po pewnym czasie płyn upodabniał się kolorem do dosyć pospolitego napitku najuboższych nędzarzy i był gotowy do picia.
Coraz rzadziej gramofon z wielka tubą grał z trzeszczącej płyty wesołą piosenkę: Krystynka ma buciki, przy łóżku sobie stoją, wyciągają języki...
Coraz rzadziej któryś z chłopaków grał na akordeonie popularne piosenki, śpiewane przez rozbawione dzieciaki i rozmarzone dziewczyny, a echo niosło sklepionymi korytarzami słowa chwytające za serce: o ułanach, co przybyli pod okienko i namawiają panienkę, aby im otworzyła, o dziwnej pani-wojence, za którą idą malowani chłopcy i ostrzegająca jakąś dziewczynę, aby skryła się za ścianę, nieboga, bo jakieś wojsko pędzi drogą i jadący na przedzie oficyjer weźmie jej serce, a potem polegnie na krwawym polu, zostawiając ją wdową.
Czasami na plac broni zajeżdżał z warkotem czarny samochód pana Karola Tuszyńskiego, wspólnika ojca w interesach, kiedy jeszcze dobrze szły. Ojciec nazywał siebie wtedy dumnie właścicielem fabryki, produkującej między innymi obudowy do gramofonów, do których pan Karol Tuszyński wyrabiał mechanizm.
Rzadko pojawiał się u nas prawdziwy bogacz -wujek Józef, kapitan saperów, przywożąc zubożałemu szwagrostwu zająca lub parę kuropatw. A wtedy mama pokazywała, co potrafi.
Zając przez pewien czas wisiał za oknem, koniecznie głową do dołu, żeby skruszał. Potem, mama zawsze wiedziała, kiedy ma to być, przywiązywała mocno zająca sznurkiem do klamki drzwi wejściowych tak, że długimi uszami zamiatał podłogę i, uzbrojona w wielki nóż, brała się do dzieła. Nam kazała się wtedy wynosić z domu, albo odwrócić i pod żadnym pozorem nie podglądać. A działy się wtedy rzeczy ciekawe!
Zgrabnie, w sam raz, przecinała wokoło tylne nogi, akurat koło pięt, aby następnie długim ruchem wąskiego ostrza połączyć oba nacięcia po wewnętrznej stronie skoków. Potem obdzierała skórę aż do ogonka i z wysiłkiem, pomagając sobie nożem, powolutku obnażała zająca z rudawego futerka. Aż do łopatek szło prosto, ale potem trzeba było oddzielnie wysunąć ze skóry przednie nogi i głowę, obcinając krótko uszy. Na klamce wisiał teraz przedziwny stwór: czerwony, bezuchy, z wydętym brzuchem i wytrzeszczonymi oczami, kołysząc kikutami przednich łap.
I znów nóż ciął, od żeber aż do kości miednicy, a z wnętrza sypały się do podstawionego naczynia tajemnicze sploty grubszych i cieńszych jelit oraz czarna wątroba, koralowe płuca, lekkie i gumiaste. Wreszcie wyciągnięte zostało także wielkie, owalne serce i już tylko ciężki tasak dzielił pusty tułów na kawałki, według maminego rozeznania.
A potem wszyscy kosztowali wspaniałej dziczyzny, przygotowanej według książki kucharskiej dla lepszych domów i chwalili dobroć i wspaniałomyślność wujka Józia, kapitana saperów, i jego celne oko.
Nikt jakoś nie kwapił się, poza siostrami zakonnymi, do pomagania biedakom z Fortu III Graf Kirchbach/generał Niemojewski i sami musieli zadbać o usuwanie wszelkich kłód, rzucanych im przez życie pod nogi. Bo: Na kogo Pan Bóg, na tego wszyscy święci. Tak mawiała mama. Ale ona też próbowała te kłody odsuwać, na ile mogła, i nigdy żaden sąsiad nie odszedł od naszych drzwi w potrzebie z niczym. Zawsze więc życzliwie wysłuchiwała wszelkich skarg i narzekań i była powiernicą niejednej sekretnej sprawy. A już z całą pewnością leczyła ciała i dusze tych, których wyrzekło się obojętne i dalekie Miasto.
Pewnego razu była sprawczynią cudu świętego Antoniego.
Święci potrafią czynić cuda w najprzedziwniejszy i naprawdę cudowny sposób. Dlatego są świętymi od różnych spraw: małych i dużych. Kto potrafi zjednać sobie łaskawość odpowiedniego świętego, ten ma dobrze. Może bowiem liczyć na wyleczenie z choroby, na którą nawet mądra z Gądek nie ma sposobu, znaleźć jakieś pieniądze, albo w ogóle doświadczać ciągłej i darmowej opieki – byleby nie ustawać w zabiegach o stałe zainteresowanie swoimi sprawami.
Pani Jasińska miała straszne zmartwienie: Henio miał iść do gimnazjum, a tu ani rusz nie można było wygospodarować żadnych pieniędzy na jaki taki ubiór syna. Nic nie pomagało wszelkie kombinowanie: najmarniejszy grosz ani myślał przyjść do rąk strapionej srodze matki przyszłego gimnazjalisty. Życie srogo obchodziło się bowiem z nędzarzami przy zapomnianej ulicy, wiodącej właściwie do nikąd, na bagniste obszary rzeczki Cybiny i do zdegradowanej do roli azylu dla bezdomnych Warowni III, taki bowiem adres pocztowy miał Fort III. Kto kiedykolwiek musiał go podać, czuł nagłą pogardę otoczenia, bowiem odległy świat ludzi ledwo trochę lepiej sytuowanych odwracał się z nieukrywanym obrzydzeniem i wzgardą od nieszczęsnego mieszkańca fortecy na Białej Górze. Nawet dzieci z Fortu rzadko kiedy były godne w szkole na Osiedlu Warszawskim brać udział w oficjalnym życiu tej placówki podstawowej wiedzy dla mas. No bo co może być dobrego w potomstwie potencjalnych, co najmniej, wichrzycieli i kryminalistów? Ludzi nieobrotnych i z pewnością zbyt leniwych, aby wydostać się na powierzchnię bagna, w którym tkwili od lat, gdzieś na końcu ulicy prawie bez powrotu, w grubych murach porzuconej fortecy, chociaż nazwanej imieniem zasłużonego żołnierza.
Pani Jasińska robiła wszystko, co w jej mocy, by straszne fatum, wiszące nad mieszkańcami warowni, nie zagarniało ją pod swoje czarne skrzydła – daremnie. Wszystko szło pod górkę i do tego po kocich łbach. Ile łez wylała, ile zanosiła modlitw i modłów – ona tylko jedna wiedziała. Albo nie była godna, albo modliła się niezbyt żarliwie, albo przeszkadzało co innego, może nawet sam Zły – nie wiadomo. Modliła się też do świętego Antoniego – chyba najgoręcej, bo on – patron od wszelkich rzeczy zgubionych – miał pewnie największą moc aby pomóc odnaleźć biednej matce rodziny chociaż trochę nadziei w opiekę Niebios.
Wierzyła więc gorąco w opiekę i wstawiennictwo świętego, o czym często mówiła mojej mamie, a ta utwierdzała strapioną sąsiadkę w zasadność jej próśb.
Gdyż jednak święci działają swoimi sposobami!
Pewnego razu hojny wujek Antoni podarował mojej mamie stare spodnie. Zużyte i dla eleganckiego chłopaka z jeżyckiej kamieniczki na rogu ulicy Kościelnej i Wąskiej nieprzystojne w swym wyeksploatowaniu, ale zawsze to spodnie i coś zręczne ręce mamy z nimi mogły zrobić dla któregoś z dzieciaków. A tu właśnie ten kłopot pani Jasińskiej, i te jej skargi, i ta wiara w potęgę modlitwy do świętego Antoniego, imiennika szczodrego brata mamy Drewnikowej.
Wzięła więc mama przy jakiejś okazji miarę z Henia Jasińskiego i zabrała się do roboty.
Maleńkim scyzorykiem, prawdziwym cudem wykładanym masą perłową, spruła ostrożnie sfatygowaną sztukę odzieży, w czym dzielnie pomagała Helutka, naciągając materiał, aby ostrze scyzoryka nie uszkodziło, broń Boże, wątłego materiału. Potem starannie uprała otrzymane kawałki, wyprasowała starym żelazkiem i uszyła spodnie w sam raz na Henia, przyszłego gimnazjalistę. Jeszcze raz zostało puszczone w ruch żelazko. A jakie to było narzędzie! Nawet miało duszę! Rozgrzewała żelazko i bez niej było do niczego, zupełnie jak człowiek, kiedy dusza idzie sobie gdzieś daleko: wtedy ciało stygnie i wkłada się je do grobu, bo co z nim robić? Tak więc spodnie po wyprasowaniu prezentowały się pięknie i nie było śladu po ich przeszłości i niewiadomych przejściach.
Poszła więc mama z Helutką do pani Jasińskiej ze swoim darem serca, ale mieszkanie stało otworem, bo i co można by stamtąd jeszcze ukraść, bez lokatorów. Położyła mama spodnie na łóżku i odeszła do swoich rozlicznych obowiązków.
W jakiś czas potem pani Jasińska zwierzała się mamie, że dostąpiła niezwykłej łaski świętego Antoniego i jej modlitwy do tego niezawodnego patrona od rzeczy zagubionych spowodowały najprawdziwszy cud: oto bowiem nie wiadomo jakim sposobem znalazły się w ich mieszkaniu piękne spodnie, w sam raz dla Henia. Zwyczajnie leżały sobie na łóżku, gdy powróciła po krótkiej nieobecności do domu. Zwyczajnie sobie leżały!
Mama nic nie odpowiedziała na ta radosną wieść, ale tylko łagodnie uśmiechnięta zajęła się swoją codzienną pracą. A było jej przy naszej gromadce dzieciaków sporo. Chociażby codzienne zabiegi wokół wyżywienia i najniezbędniejszej higieny, szczególnie czterech córek. Do tego różne drobne opatrywania skaleczeń, stłuczeń i obtarć, zapobieganie domowymi środkami chorobom, jak chociażby podawanie codziennej porcji, obrzydliwego przecież w smaku, tranu, niby złagodzonego szczyptą soli, ale zawsze paskudnego, Tylko rycyna przebijała ten okropny środek na wzmocnienie wątłych organizmów. Wiadomo wszak, że olej rycynowy niezawodnie zapobiegał strasznym komplikacjom jelitowym po zjedzeniu, na przykład, niedojrzałych śliwek. A jak wygłodzone dziecko miało oprzeć się pokusie zerwania zielonych owoców? Jak nie ja, to inny zgłodnialec napełniłby kieszenie podartych spodenek tak pożądanym skarbem. No i zaczynało się! Mama zaraz dowiadywała się o niesłychanym wykroczeniu przeciw cennemu zdrowiu i w porę przedsiębrała środki zaradcze przeciw spodziewanym komplikacjom. Z domowej apteczki wyjmowała buteleczkę z ciemnego szkła i nieszczęsny amator niedojrzałych śliwek zmuszany był do przełknięcia łyżki okropnego lekarstwa. Dokonanie tego z całą pewnością było niewytłumaczalnym cudem! A potem niezawodny skutek strasznego specyfiku zmuszał do dłuższego przebywania w okolicy ponurego wychodka w końcu korytarza, skąd niesamowity smród bił nieprzerwanie z czeluści głębokich otworów w surowych deskach. Taką lekcję pamiętało się długo!
W razie potrzeby przepastne głębiny fortecznej kloaki umiały ukryć na zawsze różne tajemnice mieszkańców fortu, niebezpieczne w coraz posępniejszych dniach ostatnich tygodni pokoju.
Całą mądrość medyczną czerpała mama z grubej książki “Lekarz domowy”, starannie skrywanej gdzieś w szafie. Różne ilustracje przedstawiały tam jakieś wanny, opatrunki a nawet nieprzyzwoite części ciała, których nie wolno było pod żadnym pozorem obnażać ani oglądać bez szczególnej potrzeby. Chociaż tyłek miał wyjątek. Po osądzeniu przewinienia, spuszczało się spodnie, a ojciec, albo mama, - w zależności od jakiejś umowy – walił winowajcę pasem, przewieszonego przez kolano lub rozciągniętego na krześle. W czasie egzekucji wrzeszczałem, wcale nie z przekonania, że już więcej nie będę, bez względu na rodzaj przewiny. Potem należało pocałować karząca rękę, co uważałem za rażąca niesprawiedliwość, zachowując jednak ten sąd dla siebie.
Pewnego razu na lewym udzie zrobił się mnie wrzód. Bolało coraz bardziej, w miarę, jak rosło nabrzmienie. Rodzice dodawali mi odwagi i ze śmiechem mówili, że mam bombę, która zabijemy Hitlera. Nie wiem, jak to chcieli zrobić, ale dzieciak nie ma nic do gadania i jest na całkowitej łasce rodziców. Bolało coraz bardziej i coraz większy guz wypiętrzał się ostrym wierzchołkiem, niby nadcybiński kopiec. Przykładano na chore miejsce czarną maść ichtiolową i patrzano, czy wrzód już dojrzał. Aż wreszcie szczyt paskudztwa zrobił się czarny i nadeszła pora skończyć sprawę. Nikt nie wzywał lekarza, bo mieszkańcy Fortu III Graf Kirchbach-gen. Niemojewski nie mieli pieniędzy na takie luksusy, chyba w ostateczności, jak w przypadku skaleczenia nieszczęsną klipą oka Jasia Jarczaszka, więc mama przystąpiła do działania. W pasku płótna z prześcieradła wycięła otworek, przyłożyła ten nieskomplikowany przyrząd chirurgiczny dokładnie na szczyt wrzodu...i zaczęło się!
Pod naciskiem płótna zawartość obrzmienia prawie wytryskiwała na zewnątrz – a ja wrzeszczałem! Wrzeszczałem z całych sił to, co uznawałem za najstosowniejsze w tej sytuacji: już więcej nie będę! Ja krzyczałem, naprawdę z bólu, ze strachu trochę też, a mama cisnęła bez końca, bo musiał wyjść rdzeń! Wreszcie z głębi wrzodu wyszedł ów rdzeń w postaci kawałka twardszej substancji, ale to jeszcze nie był koniec. Musiała pójść krew! Najpierw ciemna, potem nareszcie jasna i to był koniec bolesnej operacji. Opatrunek spowijał nogę przez pewien czas i w końcu tylko spora blizna dawała świadectwo, że byłem kiedyś nosicielem bomby na Hitlera.
Samarytańskie serce mamy często przepełniał żal i współczucie dla tych, którym nie można już było pomóc. Bo co mogła zrobić w ostatnich godzinach życia pani Nonweilerowej, gdy ta samotnie oczekiwała końca smutnego życia? Stała z Helutką przy łóżku umierającej i robiła, co mogła, aby koniec ziemskiej drogi uczynić mniej strasznym. Lecz nie mogła w nieskończoność być przy osamotnionej sąsiadce, więc poszła do swoich licznych obowiązków, odmawiając pacierz za konających.
W nocy przyszedł pan Nonweiler z prośbą, aby zobaczyć co jest żonie, bo wrócił właśnie do domu i stwierdził, że mimo obfitego potu jest zimna i nie wie, co robić – zresztą i tak nie byłby w stanie pomóc z uwagi na tak zwany stan niedysponowania. I tak to jedna dusza więcej uleciała z zimnych murów fortu w lepszy świat, bez głodu i kłopotów.
Ten lepszy świat, a w każdym razie inny, przybliżyły nam pewnego razu siostry, organizując w Warowni III jasełka. Jakiż cudowny widok przedstawiały anioły! W białych sukienkach, szeleszcząc wspaniałymi skrzydłami, otaczały żłóbek z Jezusem. Skrzydła zrobione były z tektury, z ponalepianymi paskami fryzowanej bibułki. Brało się pasek i przeciągało po ostrzu noża lub nożyczek i już. Jednym z aniołów była Helutka, wielce przejęta swoją rolą. Mały Jezusek fikał nóżkami na sianku, pod bacznymi spojrzeniami Józefa i Marii oraz przy dyskretnej ale czujnej opiece sióstr Świętego Antoniego. Wołu i osła nie było z oczywistych względów, ale pasterze i trzej królowie byli bez zarzutu. Podniosłe przedstawienie biegło bez przeszkód. Anioły śpiewały naprawdę po niebiańsku, pastuszkowie oddawali cześć, a siostry sprawnie kierowały całością. Słodko uśmiechnięte Dziecię wzruszało swoją bezradnością i było z pewnością najlepszym aktorem przedstawienia. Aż za dobrym! Bowiem nagle zacisnęło piąstki, mała twarzyczka poczerwieniała, a z pomiędzy zawadiacko uniesionych nóżek trysnęła całkiem wysoko wąska strużka. I tak zakończyły się jasełka w ponurym Forcie III Graf Kirchbach-gen. Niemojewski, zorganizowane dla najnędzniejszych obywateli stołecznego miasta Poznania przez siostry Świętego Antoniego.
Już prawie wszyscy mężczyźni odeszli na straszną wojnę. Nadszedł wreszcie ten dzień, kiedy i ojciec skinął głową mamie, że już czas dla takich, jak on - nienajlepszego zdrowia - aby poszli za resztą, w nieznane. Kto z nas, dzieciaków, wiedział, co to oznacza? Chyba tylko najstarsi, a i oni może, wychowani na patriotycznych i romantycznych opowiadaniach o starych Lechitach, powstaniu wielkopolskim, obronie Lwowa, nie umieli sięgnąć wyobraźnią do pól Szampanii, na których wujek Józio szedł do ataku na bagnety, ślizgając się na zlanej krwią ziemi, wyplątując z wysiłkiem płaskie ostrze z rozcinanych ciał i zwojów sinych jelit, wśród ciężkiego sapania zmordowanych walczących, jęków i krzyków rannych, wzdychania o pomoc Niebios i zimnego potu przerażenia na czole.
Nie było łamania rąk ani lamentu. Zaczęło się topienie słoniny i zlewanie smalcu do mnóstwa słoików, napełniały się butelki jakimś piciem a przede wszystkim, co nam utkwiło najgłębiej w pamięci, mama smażyła niespotykana nigdy dotąd ilość ogromnych faworków. W żelaznym garnku parował gorący smalec, a wrzucane ciasto sztywniało i tak szybko nabierało złotego zabarwienia, że trzeba było uwijać się jak w ukropie, aby nie zmarnować wspaniałych smakołyków. Spalone nie były tym, czym winien być faworek: żółtym, kruchym, słodkim od pudrowego cukru cudem, dumą sprawnej gospodyni.
Leciała nam ślinka na widok i wspaniały zapach chruścików, ale pierwsza była ta straszna Potrzeba, która wyganiała ojca po raz drugi na wojenne szlaki. Inna to była jednak wtedy wojna, nawet w śniegach Bobrujska: bez nieustannego zagrożenia z pogodnego nieba i bez huku motorów i zgrzytu gąsienic niepowstrzymanych maszyn.
Chruściki zostały usmażone, wszystko, co trzeba na drogę, zapakowane i zostały tylko te ostatnie chwile: ostatnie oporządzenie się, gorące pożegnania pośród tryskających łez i nieustannych błogosławieństw, zmoczone od chusteczki, płacz wreszcie rozżalonych dzieci.
Jeszcze trzeba mocniej zawiązać trzewiki, schylając się do wytartej podłogi, jakby w ostatnim pokłonie przed wszystkim, co kochane, teraz pozostawiane na łasce Nieba i Losu. Plączą się trochę te uparte sznurowadła, chociaż nowe. Plączą się ostatnie, nieskładne słowa.
Wreszcie nie ma co już zwlekać! Ktoś głośno biegnie korytarzem, pewnie ostatnia pora odejść, jak mężczyzna, ku swemu przeznaczeniu. Jakiś sąsiad, któż dziś wie który, wpada w otwierane przez ojca drzwi z krzykiem i nowiną tak niewiarygodną, że aż nie chce się wierzyć: rocznik 1893 nie idzie na front!
I tylko wielka wyżerka faworkowa pozostała jako wspomnienie tamtego strasznego dnia, gdy łaskawy, na razie, Los utrzymał nas wszystkich razem.
Alexander Wood

komentarze [ 1] Chcesz skomentować utwór? Zaloguj lub zarejestruj się


Copyright by miastopisarzy.pl