wiersze   zarejestruj swój dom wiersze
wiersze opowiadania

wiersze, opowiadania, wierszyki

LOGOWANIE:
nie pamiętam hasła
menu podręczne:
Pomóż nam w promocji:

Jeśli podoba Ci się ten serwis, lubisz czytać i pisać wiersze i opowiadania oraz jeśli prowadzisz stronę lub bloga - pomóż nam w promocji! Wystarczy, że zamieścisz poniższy link:

<a href="http://www.miastopisarzy.pl" target="_blank">wiersze </a>

Dziękujemy! Administracja miasta.

wyszukiwarka:
polecamy serwisy:
Ten dzień

Ten dzień

Ten dzień był szczególny,
Przenikała go niepojęta groza, która powoli podpełzała w ostatnich dniach lata do ubogiej siedziby życiowych rozbitków w pruskim forcie III Graf Kirchbach, nazwanym w odrodzonej Polsce imieniem Generała Niemojewskiego, na krańcach miasta, gdzie nawet ulica nosiła posępne miano Krańcowej, jakby dla podkreślenia beznadziejności, ciasną pętlą duszącej wszelkie próby wydostania się na powierzchnię życiowej toni. Oddalone Miasto niechętnie przyjmowało w swoje rewiry wyklętych, którzy wśród obojętnych murów szukali kawałka chleba, by pod koniec dnia wrócić do posępnej warowni nad bagnistą doliną Cybiny.
A przecież były inne dni, ciche, spokojne, pełne dziecięcego śmiechu i wesołych zabaw wśród lasów i na mokradłach cybińskich.
Wiosna –pierwsza, jaką pamiętam- niosła ze sobą wielką tajemnicę Zająca Wielkanocnego. On, nieuchwytny i niewidoczny, obdarowywał wszystkich wtajemniczonych słodyczami, o ile tylko proszący wiedział, jak się z nim skomunikować. Były takie miejsca szczególne, gdzie wiodły niewidoczne szlaki, którymi biegły dziecięce prośby do hojnego zazwyczaj ofiarodawcy.
Należało znaleźć właściwy klucz do takiego kanału, a skutek był murowany! Mimo, że sprawa wydawała się prosta, prostą jednak nie była. Samotne poszukiwania odpowiedniej drogi skazane były z góry na niepowodzenie, bo mylne znaki prowadziły niefortunnego poszukiwacza krętymi ścieżkami bezdroży, pełnymi zasadzek i wprost fizycznych niebezpieczeństw. Potrzebny był ktoś znający sekretne drogi do upragnionego celu i pozyskanie jego życzliwości pochłaniało nieraz sporo czasu. Najlepiej bvło oprzeć się na życzliwym rodzeństwie, gdyż rówieśnicy byli ignorantami w równym stopniu, co poszukiwacz, a ponadto często złośliwie kierowali na fałszywe drogi, pełne zasadzek w postaci kolczastych zarośli, wykrotów i nie wiadomo jakich jeszcze niebezpieczeństw. Kiedy starszy brat, czy siostra łaskawie zdecydowali się pokazać tajemnicze łącze do Zająca, wówczas każdy dzień zwłoki był torturą skręcającą bezlitośnie duszę.
Aż wreszcie prowadzono drżącego z emocji adepta wiedzy tajemnej gdzieś na jakieś ubocze, między różne śmieci, wykroty, suche badyle, świecące kusząco kawałki szkła, przez które taki piękny był świat, i oto było miejsce, najtajemniejsze z tajemnych. Nie strzegły go straszne potwory, ani żadne nieziemskie zjawiska; żywioły ziemskie i kosmiczne były obojętne na zdradzanie wielkiej tajemnicy Zająca Wielkanocnego.
I oto Mistrz Wiedzy Tajemnej wyciągniętą zwycięsko ręką pokazywał upragnione łącze do hojnego dostarczyciela wielkanocnych słodyczy i różnych łakoci, na które czekało się od tak już odległej Gwiazdki.
Z ziemi wystawał zwykły drut! Zazwyczaj był on solidny, powyginany, często przysypany piaskiem, ale to nic nie przeszkadzało. Oto telefon do celu! A więc nie zwlekaj! Ciągnij, ile sił, wypowiadając gorące prośby o lawinę cudownych wielkanocnych niespodzianek. Sił dodawała gorąca wiara w prawdziwość upragnionej łączności z Zającem: on gdzieś tam przebywał i pilnie słuchał żarliwych próśb. Potem już było tylko czekanie. Zwykle spełnione.
Gdyby jednak Zając nie wysłuchał proszącego, gorycz porażki wynagradzały grube placki z kruszonką i czekoladowe jajeczka, stojące obok wazonów ze srebrnymi kotkami iwy. Wesołe zabawy z woda, której srebrne strugi lano na piszczące dziewczyny, budzące strach eksplodujące puszki z karbidem i dzikie harce po ciemnych korytarzach fortu rychło pozwalały zapomnieć o skąpym dobrodzieju gdzieś na końcu pordzewiałego drutu, w podziemnym świecie tajemniczych sił.
Potem były Zielone Świątki, taka niby powtórka Wielkanocy. Siostry paradowały w nowych sukienkach –chłopkach- z bufiastymi krótkimi rękawami, chłopaki grali w klipę i buszowali po krzakach i łąkach i było wesoło i radośnie. Tylko Zając nie przyjmował już zamówień poprzez tajne kanały łączności.
Z ciepłymi dniami nadchodził okres szczególny. Wieczorami rodzice zabierali nas do kaplicy koło wodnego młyna, gdzie królował tajemniczy Pan Bóg i inni święci oraz przebywało mnóstwo aniołów i innych duchów. Siostry w białych, sztywno sterczących, kornetach, spowite w czarne suknie, celebrowały majowe nabożeństwo. Ołtarz tonął w liliowych i białych bzach, pęki różnego kwiecia wychylały się z mnóstwa wazonów, a ponad tym unosiły się modlitwy zebranych wiernych i zadziwione myśli zdumionych dzieciaków. Słodkie melodie mówiły o wiosennych łąkach, pełnych ziół, przez które płynęły mruczące wdzięcznie strumyki, o śpiewających słodko ptakach i tajemniczych –nigdy nie oglądanych- górach, o morskich falach, z którymi coś igrało. Płynął śpiew, aby wszyscy sławili Maryję, która jest wywyższona nad anioły i jest koroną Boskich dzieł.
Potem nadchodziły gorące dni, duszne od zapachu czarciego żebra na cybińskich mokradłach, dni dzikiej wolności na piaszczystych płyciznach u stóp Kopca i w wierzbowych zaroślach wzdłuż meandrującej rzeki. Czasem jakiś kajak podpływał pod sam jaz młyna -gdzie w tajemniczą głębinę skakały spod nóg wielkie, zielone, żaby -aż biała piana pryskała na śmiałych wycieczkowiczów. Białe gęsi skubały –w nieprzeliczonej masie- trawę i biada nierozważnemu, co beztrosko zbliżył się do spokojnego stada. Strażnik skrzydlatych piękności z głośnym sykiem rzucał się bez wahania na intruza, bijąc szerokimi skrzydłami, a mocny dziób szczypał boleśnie, zostawiając czerwone pręgi .Młodzi chłopcy prowadzili tajemnicze zabawy z dziewczynami, które nieodmiennie wymagały od nich takich dziwnych czynów, jak zrywanie cudownych lilii wodnych w zdradliwym, czarnym błocie, wciągającym nielicznych śmiałków w lepką głębinę, z której wychodzili ledwo żywi ze zmęczenia i emocji, umazani, jak nieboskie stworzenia –lecz triumfujący, Szkoda tylko, że białe kwiaty tak szybko więdły.
Jesień temperowała nastroje obowiązkami szkolnymi, a chłodna woda odstraszała od kąpieli. Łagodne słońce grzało przyjemnie i biegi na wyścigi aż na szczyt Kopca nie wyciskały ostatnich sil z zawodników. W nagrodę podziwiać można było dalekie i tajemnicze Miasto, do którego samodzielne wyprawy były surowo zabronione. A jedna, już prawie udana, zakończyła się tuż za żelazną bramą. Niespodziewaną przeszkodą był mój najstarszy brat, wracający wieczorem do domu. I taki zwyczajny koniec mają, jak się później okazało, najczęściej nasze najskrytsze marzenia.
Dojrzewające kasztany gromadziły wszystkich amatorów pod jednym, wielkim, drzewem, obwieszonym kolczastymi owocami, niby choinka bombkami. W ruch szły wszelkie przydatne narzędzia i przedmioty do pozyskiwania cennych trofeów: kije, deski, lassa i kamienie. Te ostatnie nie bardzo nadawały się do strącania obiektów naszych pożądań, a dziwnie łatwo spadały akurat na głowę nieostrożnego dziecka. Tak, jak pewnego razu, na moją.
Wreszcie żółte liście pokrywały szeleszczącym dywanem ziemię, ranki bielały od szronu, zimne wiatry hulały po dolinie Cybiny, jęcząc i wyjąc w fortecznych zakamarkach. Zaczynał się okres nudów, gonitw po korytarzach, ale też i oczekiwało się na dwa wielkie wydarzenia. Z początkiem zimnej i mokrej pory należało iść na cmentarz, lub jakiekolwiek mogiły, aby tam palić kolorowe lampki dla złagodzenia dusz i różnych duchów, których całe masy krążyły wokół posępnych miejsc, gotowe szkodzić każdemu, co się akurat nawinie. Światełka i modły zaduszkowe skutecznie łagodziły gniew zaświatowych mieszkańców.
Lampek nie kupowano, ale zręcznie robiono z butelek. Wprawny majsterkowicz owijał butelkę sznurkiem, moczył go w nafcie i podpalał, by po chwili całość polać wodą. Przeważnie szkło pękało dokładnie w miejscu podgrzania i darmowo miało się pojemnik na oliwną lampkę. Dorobienie właściwego knota było już drobnostką. Teraz można było iść na mogiły, prosić dusze o spokojne odejście do ich niepojętego świata, a przuy okazji kontemplować ten jedyny w roku widok rozedrganych płomyczków, tańczących cicho w zimnym mroku jesiennego wieczoru, podobnie jak błędne ogniki na nieodległych bagnach.
I ani się spostrzegło, kiedy nadchodziło to święto jedyne, upragnione dla wszystkich – Boże Narodzenie.
Poprzedzone było szeptami dorosłych na uboczu, rozlicznymi przygotowaniami, porządkami na miarę możliwości skromnych siedzib, różnymi zakupami i ogólną krzątaniną. Tu już nie trzeba było znać telefonu do tajemniczego dostawcy łakoci i zabawek. Był on bowiem dobrze znany pod postacią Gwiazdora. Do niego więc należalo zanosić prośby, przeważnie pisemne, które w niepojęty sposób trafiały do właściwych rąk. Jednak nie zawsze realizacja wypadała po myśli proszącego. Ale co ma dziecko do gadania? Starą i niezmienną dewizą rodziny było: -Dzieci i rybki nie mają głosu! Było to do przyjęcia, ale gorzej brzmiało surowo realizowane hasło: -Dziateczki Duch Boży rózeczką bić każe! I tak być musiało!
Wreszcie nadchodziła Gwiazdka! Co dziecku po wigilii? Nic! Tylko cały dzień burczy w brzuchu i dręczy niepokój o to, co spotka pod choinką, lub jaki srogi będzie Gwiazdor –jeśli w ogóle przybędzie. Ale wielka choinka, pod sam sufit, obwieszona ozdobami ponad wszelką miarę, zapowiadała świąteczne emocje. A do tego te zapachy! Nawet nie wiadomo było, co tak pachnie, ale na pewno stół nie zawiedzie oczekiwań domowników.
Wreszcie sfatygowany blat przykrywano białym obrusem, rozstawiano nakrycia i rodzice łamali cienki, bielusieńki opłatek, życząc wszystkim wszystkiego najlepszego oraz sobie samych lepszych czasów. No, a potem się jadło!
A potem przychodził Gwiazdor!
Stary człowiek, w czerwonym płaszczu z kapturem, niewyraźnie mówił przez siwe wąsiska i rozłożystą brodę, egzaminując z pacierzy i wypytując o zachowanie. Groźna rózga –lub rzemienna dyscyplina- prawie nigdy nie próżnowała, zadając bolesne razy wywołanemu malcowi. Starsi jakby mniej ucierpieli z szybkiej ręki starca i jakoś śmiało patrzyli w zaczerwienioną twarz Gwiazdora, wprost natarczywie czekając, aby wreszcie zagłębil ręke w przepastny wór i wyciągnął oczekiwaną niespodziankę. I kiedy ta najmilsza chwila nastąpiła, w niepamięć odchodził strach i ból, zas duszę zalewała radość z otrzymanego daru.
Potem już było tylko chrupanie pierników i innego ciasta i piękne śpiewy o narodzonym Jezusie, marznącym w żłobie –mimo chuchania osła i wolu- o pasterzach biegnących z darami do betlejemskiej szopy i anielskich pieniach na wysokim niebie. A w nocy można było cichutko oglądać gwiazdkowe dary i jeść do woli chrupiące pierniki, myśląc o wspaniałej zabawie na białym śniegu, łaskawie otulającym nędzę porzuconego fortu. Czekała wszak niezwykła sanna!
Sanki były bowiem wielkie, aż dla czworga dzieci, i musiałem zadzierać głowę, by spojrzeć na zakrzywione końce okutych żelazem płóz. Pędziły z górki szybciej i szybciej, wprost na jakiś krzak czy pieniek, zapierając dech w piersiach przed groźba katastrofy. Wywrotki nie były jednak groźne, pełne śmiechu i krzyku. Czasami najstarszy brat chwytał za sznurek i gnał po głębokim puchu –udając konia- a białe bryzgi leciały wtedy aż na mnie w tym szalonym pędzie.
Potem nastąpiła znów wiosna. Wielkanoc cieszyła Zającem i delikatną zielenią budzącego się życia. Zielone Świątki przynosiły już sporo ciepła, a lato ponownie upajało wolnością harców po polach, łąkach i zaroślach nadcybińskich, jednak jesień nie urzekała kolorami złota, czerwieni i rozmaitej żółci. Za to pewnego słonecznego ranka nadpłynęła pod forteczną fosę rzeka mleka. Taka, o jakiej śnił kotek z wierszyka.
Nie zabrzmiał tej jesieni szkolny dzwonek.
Bowiem wtedy właśnie nastał ten Dzień!
Przez zamknięte okiennice nie przedostawał się najmniejszy promyk światła. Płomienie gromnic cicho falowały w dusznym powietrzu, snują czarny kopeć i rzucając żółte błyski na ściany fortecznej izby. Niewyraźne cienie zgromadzonej rodziny kładły się czarnymi chmurami na bielonych tynkach, przesuwając się, jak front wojennej burzy, szalejącej gdzieś daleko i grzmiącej stłumionymi odgłosami nieustannych detonacji. Jękliwy śpiew modłów kołował w nasyconej grozą ciasnocie i spowijał klęczących ludzi żałobnym welonem zaglądającego w oczy przeznaczenia.
Przekrzywiony kalendarz pokazywał wszystkim czarną jedynkę –piątek, pierwszy dzień września 1039 roku. Groźny wykrzyknik, że odtąd wszystko będzie inne!
Nieustępliwy werbel dalekich wybuchów mieszał się z zawodzeniem przerażonych ludzi, jedyną nadzieję pokładających -w tej godzinie- w najwyższych Mocach, do których kierowano suplikacje i psalmy. Matka kierowała jakoś wystraszoną gromadką dzieci, intonując najwłaściwsze w strasznej sytuacji modlitwy i śpiewy. Przerażona Gabrysia Gajewska, biegnąca nie wiadomo gdzie pustym korytarzem, została opiekuńczym gestem wciągnięta do naszej izby, by wspólnie dzielić niepewne godziny błagań o Boskie zmiłowanie.
Śpiewano o jakimś strasznym smoku. Tak, smoki są straszne! One przecież strzegą skarbów i zaklętych księżniczek. Niewielu śmiałków odważy się z nimi spotkać, nie bacząc na grube łuski, odporne na ciosy miecza i włóczni, ani nie dbając o ryczący płomień, buchający potworowi z paszczy pełnej ostrych i wielkich zębów.
Tak, smoki są straszne! Mimo to jednak jakoś dano sobie z nimi radę –nawet z tym najstraszniejszym- siedzącym w Smoczej Jamie nad Wisłą, daleko od nadwarciańskiego grodu. Dokonał tego zwykły szewczyk! Może więc była prawda, że można na takim smoku jeździć -niby na łagodnym koniu- jak śpiewały kobiety. Psalm zapewniał też, że bez obawy siądzie na srogiego lwa każdy, co się odda w opiekę swemu Panu. Ale, czy lwy sa takie srogie? Przecież ten, którego można było widzieć w ogrodzie Mielochów, leżał najczęściej spokojnie gdzieś na uboczu i nie zwracał wcale uwagi na przechodzących. Po prostu takie duże, płowe, zwierzę, leniwie drzemiące pod drzewem i tylko czarny koniec ogona poruszał się z rzadka, dając znak, że pod pozorem obojętności skryta jest gotowość do czynu.
Śpiew dusił się w ciasnej izbie, rysował dziwne obrazy; baśniowe jakieś opowieści wpadały w dziecięce uszy, unosząc duszę w sfery tajemnicy i zdziwienia. Byli tam rycerze, pewnie zbrojni, z tarczami i wielkimi mieczami, w błyszczących hełmach, którzy padali jak muchy pod ciosami niezwyciężonego pogromcy, niedostępnego w swej mocy ich słabym orężom. Wspaniali aniołowie zstępowali z wysokiego Nieba, aby nosić na rękach bosych –chyba- wybrańców, żeby nie zranili nogi o ostry kamień, a przecież wystarczyłoby mieć zwykłe obuwie,, albo nawet tylko sandały, by uniknąć bolesnych skaleczeń. Ktoś potężny obiecywał schować pod swoje pióra i dać tam wygodne leżenie każdemu ufnemu w tą pomoc i w ich cieniu miał zachować na wieki szukających schronienia. Takich, jak tych –błagających w śmiertelnym przerażeniu- ludzi.
Żałosne zawodzenia błagały o obronę przed głodem, bo niedobrze mieć pusty brzuch, jakimś powietrzem, widocznie bardzo złym, i ogniem, w dodatku idącym jeszcze w parze z wojną. Szarpiąca nerwy melodia, wyrywająca się z wykrzywionych straszną udręką ust, błagała o wybawienie od nagłej i niespodziewanej śmierci, która –ubrana w powłóczystą, białą, szatę- wielką kosą bezlitośnie ścinała głowy, tak, jak w bożenarodzeniowych jasełkach, odgrywanych przez miejscowych chłopaków. Przerażeni zebrani z wielkim płaczem błagali o wysłuchanie potężnego i wszechmocnego Boga –jedynej siły, mogącej cos poradzić na to ponure dudnienie, dobiegające z oddali do jakże samotnego w swym strachu Fortu III Graf Kirchbach/Generał Niemojewski, leżącego na końcu spokojnej ulicy Krańcowej.
I tak przebiegł ten dzień, w strachu, trwodze, niepewności o najbliższe godziny, których głucha nagle cisza niosła w sobie zapowiedź zdarzeń tak okrutnych, że najgorsze przewidywania okazały się tylko spokojnymi opowiadaniami przed snem marudzącego wieczorem dziecka.
Była też ucieczka do fosy, w mizernej nadziei, że przynajmniej strop nie spadnie na głowy w tym wrześniowym dniu, gdy samo niebo waliło się na wszystko, co żyło w tym azylu nędzarzy na końcu smutnej ulicy Krańcowej. Ziemia drżała od dalekich wybuchów, żałosny śpiew starego psalmu podnosił na duchu tych, co się oddali w opiekę swemu Panu i w trwodze czekali końca dnia.
Wojsko na koniach przybyło nie wiadomo skąd i zdążało nie wiadomo dokąd, wobec sprzecznych wiadomości i niejasnych rozkazów. Żołnierze dzielili się z nami ciemnymi komyśniakami i prasowanymi kostkami kawy z cukrem, które dzieciaki jadły z rozkoszą, niczym najlepsze łakocie. Wojsko jednak odjechało w kurzu drogi w nieznane, a nam zostały tylko -dla pokrzepienia- różne wieści z dalekiego Miasta i jeszcze odleglejszego kraju. Ach! Jakże krzepiące były niektóre opowieści!
Na błękitnym niebie przelatywały srebrne samoloty z czarnymi krzyżami na skrzydłach i wtedy dziecięce gardła krzyczały niezrozumiałe słowo: Hitler! To z tymi maszynami walczyli nasi piloci –po rycersku- nie żadnymi karabinami, czy inną stosowna bronią. Samoloty leciały skrzydło w skrzydło, a nasi –nie zważając na nic- cięli szablami az srebrne skry leciały w starciach z obcą bronią i niejeden Niemiec musiał uznać wyższość polskiego fechtunku w tych podniebnych zmaganiach.
A potem już przyszli obcy żołnierze.

Z życia zwierząt

Jeden pies był zwyczajny, niewielki, zwykły wilczek, jeszcze dosyć młody. Biegal po całym forcie i przyległym terenie –nie bezpański- ale nie wiadomo już czyj był i czyja ręka napełniała jego miskę. Nikomu nie wadził, nikogo nie zaczepiał, żył z całym światem w zgodzie. Bawiono się z nim, głaskano –jak to z psem, zwyczajnie, bo taki psi los.
Drugi był wyrośniętym bernardynem, wzbudzającym szacunek kudłatym olbrzymem, w duże łaty –brązowe i białe. Tez miał pana, ale on popadł w zapomnienie, jak większość mieszkańców starego fortu. Często przebywał w części zamieszkałej przez starozakonnych, ale też baraszkował i na moście nad fosą, jak i przyjaźnił się z lokatorami bunkra, który pewnie pełnił kiedyś funkcje wartowni.
Koty nie warte są wspomnień o tyle, że bytowały samodzielnie. Nie wiadomo, aby ktokolwiek przyznawał się do kota, jako jego własności, chociaż miseczki pełne pokarnu –wystawiane w spokojnych miejscach- dowodziły istnienia dobrych dusz, rozumiejących kocie potrzeby. Mruczki chodziły wszędzie i nie bały się ciemnych zakamarków. Ich oczy, wielkie i wyraziste, świeciły złoto i zielono tajemniczymi ogniami z ponurych miejsc, gdzie lepiej nie było szukać przygód i wrażeń. Kto bowiem wie, co kryje się w ciemnych miejscach, będących dziedzinami nietoperzy, pająków, biegających cicho szczurów, pełnych niesamowitych szelestów i niespodziewanych stuków, budzących echa w fortecznych korytarzach.
Wielkie, łaciate, z nabrzmiałymi mlekiem wymionami, powolne krowy, pojawiły się tylko krótko w tumanach złotego kurzu, kłębiącego się spod powykrzywianych racic i znikły nagle w tajemniczej, nabrzmiałej niepojętymi wydarzeniami, dali.
Biała koza przemknęła wśród swoich ociężałych kuzynek jakby mimochodem, ciągnięta na sznurku ku swemu przeznaczeniu przez zdecydowanych chłopaków.
Wróble jakoś nie rzucały się w oczy, pewnie z powodu ich pospolitości; jaskółki też omijały ceglane ściany, a i niczego nie można powiedzieć o wronach, czy innych pierzastych mieszkańcach okolicy.
Najokazalsze z pierzastego bractwa były natomiast gęsi! Pasły się koło młyna wielkim stadem, bieląc zieloną łąkę plamami niby świeżo spadłego śniegu, przeważnie w ciągłym ruchu, coś nieustannie gęgając, albo krzycząc nie wiadomo dlaczego. Były widomym obrazem bogactwa młynarza i wszelkich dostatków jego domu nad stawem, koło niewielkiego jazu. Gęsi były spokojne, ale nikt rozsądny nie zbliżał się do ich gromady zbyt blisko. Niejeden nieostrożny przechodzeń, a szczególnie dziecko, odczuwał boleśnie na własnej –dosłownie- skórze skutki ataków stróża spasionych piękności. Cóż mogło poradzić dziecko, gdy ciężki gąsior wskakiwał na obnażone latem plecy i –boleśnie szczypiąc dziobem- tłukł dotkliwie szerokimi skrzydłami po jasnej głowie delikwenta?
Pełno pomniejszego drobiazgu zwierzęcego kręciło się w zakamarkach fosy, szczególnie w szczelinach między gęsta darnią a ceglanymi ścianami. Różne żuki i biegacze, boże krówki, stonogi -wraz z twardymi krocionogami- przebierające niezliczoną ilością nóg, groźnie wyglądające skorki z wielkimi cęgami na końcu odwłoku; jakieś pareczniki kłapiące jadowitymi szczękami –roiły się w trawie i rudym i zielonym mchu. Kolorowe motyle polatywały nad różnobarwnymi kwiatami, zataczając się –jak to się czasami zdarzało- na podobieństwo niektórych lokatorów ponurej siedziby. Pod murem, koło bramy, wygrzewały się w słońcu płochliwe jaszczurki –maleńkie smoki, łatwo odrzucające kruche ogony podczas próby złapania przez rozgorączkowanego, bosonogiego, łowcę. Ich –z wyglądu- krewniacy kryli wątłe ciała w wilgotnych szczelinach i nigdy nie wychodzili na otwartą przestrzeń. Byli w dwóch odmianach: niepozorni, szarzy, z żółtawymi brzuszkami. Wiosną trafiały się wśród nich osobniki z maleńkimi grzebieniami na grzbiecie, zdobiącymi także mocno ścieśniony ogon. Czasem można było złapać okaz o wiele większy, prawie czarny, okazale grzebieniasty, z wspaniale plamkowanym brzuchem, który niezdarnie pływał w napełnionej wodą butelce.
Wszystkie te stworzenia: duże, mniejsze, niewielkie i całkiem małe splotły swój los z ludźmi i wpisały się trwale w moje wspomnienia o Forcie III na Białej Górze w Poznaniu.
Krowy, jak to krowy, przyniosły ze sobą niewyobrażalną ilość mleka, a teraz stękały, porykiwały i wydawały mnóstwo innych dźwięków, szukając pod drzewami cienia i gryząc trawę wraz z przeróżnym zielskiem, porastającym przedpole fortu, przeżuwaną potem w oślinionych pyskach, zaś ich los dopełniał się zawsze w rzeźni.
Motyle były kruche w swojej zwiewności: byle dotyk łamał im skrzydła i ścierał delikatny pyłek. Żuki i inne owady cicho trzaskały pod podeszwą sandała, a potem wlokły zielonkawe wnętrzności poprzez pył i drobny żwir, dążąc ku złudnemu ocaleniu. A ile zabawy było z próba wygrania zakładu, czy można utrzymać na czole chrabąszcza! Pewny wygranej ani się spostrzegał, kiedy silny cios rozgniatał młynarza, kominiarza czy króla na głowie naiwnego, zielonej teraz od pachnącej niemile zawartości brzucha majowego chrząszcza.
Traszki trafiały do niewoli w butelkach wypełnionych pod korek wodą, gdzie bezskutecznie usiłowały zaczerpnąć powietrza, aż wreszcie –coraz wolniej pływając pod szczelnym zamknięciem- opadały nieruchomo na dno. Wielki, czarny –grzebieniasty- samiec sprawdzany był na wytrzymałość przez walenie w żelazną poręcz pochylni prowadzącej do fosy. O, tak! Mocny chwyt za ogon pozwalał precyzyjnie uderzać plamiastym brzuchem w obłe żelazo! Aż do skutku!
Bernardyn uciekł swojemu losowi. Mocne zęby poradziły sobie z grubym sznurem, krępującym psa do drzewa gdzieś w lesie. Wrócił z kawałkiem powroza, by bezpamiętnie roztopić się w chaosie biegnących dni.
Krowy –łaciatą i mruczącą, postękującą i ryczącą- rzeką przeszły obok fortu, gdzieś w nieznana dal, daremnie poganiane przez zmęczonych pastuchów, bo to, co goniło zmordowane ponad miarę zwierzęta: okulawione, kołyszące nie wydojonymi wymionami, przybliżało się nieubłaganie, znaczone okrutnym przeznaczeniem.
Pewnego ciepłego dnia, pośród łaciatych krasul przed fortem, dwaj chłopacy pociągnęli białą kozę gdzieś w krzaki. Opierała się, ile mogła, meczała, ale uległa przemocy i tylko małe ślady w pyle znaczyły jej ostatnią drogę. Chłopacy niedługo wrócili –sami, a wieść niosła, że kozę zarżnęli brzytwą: mięso zabrali, zaś jelita zakopali.
Wilczek biegał pewien czas –przeganiany od drzwi do drzwi- mocnym kopnięciem pod ogon przywołany pewnego razu do porządku przez rozgniewanego mężczyznę. Nikt nie chciał, albo nie mógł, zająć się bezpańskim stworzeniem, straszonym i odpędzanym spod każdego prawie progu. I tak doczekał swego przeznaczenia.

Nie pamiętam przyjścia obcych, ale wiem, ze byli to groźni żołnierze, ubrani w zielone mundury, zbrojni w karabiny i ciężkie hełmy na głowach. Od razu zaczęli robić porządek –po swojemu.
Pewnego razu, w czasie przeprowadzanej rewizji, ustawili wystraszonych mieszkańców Fortu III pod ścianą, zaraz z lewej strony żelaznej bramy (patrząc od wejścia) i pod lufą karabinu maszynowego wyłożyli swoje zasady. Moja Mama, znająca język wrogów jak swój własny, pertraktowała z powodzeniem z oficerem, by pozwolił przynieść nam –siedmiorgu dzieciakom- chleba ze smalcem. Zrobili też porządek z psem.
W jakiś sposób zagoniono wilczka w to samo miejsce, gdzie niedawno staliśmy, niepewni swego losu. Patrzałem na wszystko przez zamknięte okno, rozpłaszczając o zimną szybę nos. Jeden z żołnierzy stanął na schodach, prowadzących do małego budyneczku przed fosą, i zdjął z pasa karabin, opierając go o barierkę. Okropnie bojąc się straszliwego, jak mniemałem, huku, zatkałem sobie uszy rękami –i patrzałem. Właściwie byłem rozczarowany. Nie było się czego bać. Tylko po strzale rozległo się rozdzierające serce skomlenie niewinnego skazańca, który wił się i rzucał, osypany rozpryśnięta cegłą. Drugi z żołnierzy podszedł na miejsce kaźni i wyciągnął pistolet. Ostry trzask wystrzału odbił się echem we fosie i nastała cisza.
Gęsi także wciągnęły bezlitosne tryby wydarzeń. W słoneczny dzień –bo jakoś wtedy wszystkie dni były słoneczne- grupka żołnierzy uwijała się na łące przed domem młynarza.Z każdym mignięciem ciężkiego bagnetu do mausera spadała jedna gęsia głowa w delikatnych rozbryzgach czerwonej krwi i wirowaniu pierza w podmuchach bijących w agonii skrzydeł. Rosła sterta białych ptaków i walały się wokoło ścięte łby z rozdziawionymi, teraz już niegroźnymi dziobami.

Alexander Wlood








komentarze [ 1] Chcesz skomentować utwór? Zaloguj lub zarejestruj się


Copyright by miastopisarzy.pl