wiersze   zarejestruj swój dom wiersze
wiersze opowiadania

wiersze, opowiadania, wierszyki

LOGOWANIE:
nie pamiętam hasła
menu podręczne:
Pomóż nam w promocji:

Jeśli podoba Ci się ten serwis, lubisz czytać i pisać wiersze i opowiadania oraz jeśli prowadzisz stronę lub bloga - pomóż nam w promocji! Wystarczy, że zamieścisz poniższy link:

<a href="http://www.miastopisarzy.pl" target="_blank">wiersze </a>

Dziękujemy! Administracja miasta.

wyszukiwarka:
polecamy serwisy:
Przenosiny

Przenosiny

Już nie mieszkamy w Forcie III, Warowni III według adresu pocztowego, ale gdzieś w Mieście. Jeszcze nie wiem gdzie, bo na razie przebywam u Babci Marii Cegłowskiej, w małej kamienicy przy ulicy Wąskiej, róg ulicy Kościelnej, chociaż żadnego kościoła nie widzę, Zdaje się, że po drugiej stronie naszej uliczki, też na rogu, jest jakaś knajpka, bo tam kiedyś posłano mnie po bombkę, czego się bardzo wstydziłem.
Dom ma kształt litery L i dwa wejścia: od ulicy Kościelnej i od strony ulicy Wąskiej. Parterowy korytarz pełni rolę pralni. Podwórko od północy ogranicza ściana wysokiej kamienicy. Wzdłuż niej jest drewniana szopa, a w niej komórka czyli drewnik. Przechowuje się tam drewno i różne rupiecie. Jak się później dowiedziałem od Mamy, rozegrała się tam też. w czasie pierwszej wojny. prawdziwie krwawa historia. Również dramatyczny koniec domowego kota związany był z chowaną kiedyś w drewniku krową.
Babcia mieszka z Ciocią Moniką – elegancką panną biurową z jakiejś Nivei i Wujkami: Kaziem –poważnym urzędnikiem; Antkiem –wesołym miłośnikiem Pana Tadeusza i wszelkich zwierząt, opisywanych w grubych, bardzo mądrych, księgach; Leonem –wiecznie smarującym twarz jakimś lekarstwem, o strasznym zapachu zgniłych jaj. Jeszcze jest wujek Nikodem –zręczny blacharz, wielki amator psów i koniaku z jajkiem. Mieszka z Ciocią Marią osobno i na razie jeszcze go nie poznałem.
Babcia jest zupełnie inna, niż Mama i reszta Rodziny. Ubiera się też jakoś dziwnie: nie nosi sukni, tylko ciężką spódnicę ochranianą fartuchem wiązanym z tyłu na tasiemki, na wzorzystą bluzkę wkłada kaftanik, zaś zamiast płaszcza czy jupy zarzuca na głowę i ramiona wielką, grubą, chustę w kwiaty. Ma książeczkę do nabożeństwa z wielkimi literami i przesuwa w sękatych palcach duże paciorki drewnianego różańca. Ponadto mówi zupełnie odmiennie, niż wszyscy wokoło. Bo to są i pyruszki, kiszuszka, do domu trzeba zwoływać ogary, albo je zająć, kiedy są nicpote. Do rzeźnika Babcia chodzi kupować leberke lub juszke na czerninę, czasem też kiszczónke na zupę.
Babcine mieszkanie znajduje się na parterze i na piętrze (pewnie i sam dom nie jest wyższy). Ja śpię na dole i nigdy chyba nie byłem na górze. Ale pokój jest ciekawy, zastawiony ciemnymi meblami, mającymi swoją szczególną historię –związaną z wstydliwie ukrywanymi faktami mojej rodziny- wśród których jeden wyróżnia się szczególnie. Jest to bufet, czyli spora szafka, dźwigająca oszkloną kryształowymi szybkami witrynę. Światło załamuje się tęczowo w skośnych szlifach, rzucając tajemnicze blaski na różne szkła i porcelany, ale nie one przyciągają mój wzrok. Między kryształami i bibelotami dwie rzeczy nęcą: jedna tajemniczością postaci, druga smakowitością tworzywa. Oparta o kieliszki stoi mianowicie Małpa i obok niej -Gwiazdor.
Małpa jest fantastycznym stworzeniem z przedziwnie powyginanego drutu, oplecionego czarnym sznurkiem, czy taśmą. Ręce i stopy są czerwone, jakby z materiału, wiosłowate i niezdarne, z krótkimi palcami. Tułów, cieniutki, dźwiga głowę, ozdobioną wielkimi uszami, jak u tajemniczej Myszki Miki. Dziwny stwór patrzy dużymi oczami i śmieje się głupawo. Podobno takie są właśnie małpy.
Gwiazdor, to co innego. Stoi sztywno pośród przeróżnych naczyń, nieczuły na gesty głupiej małpy. Dorównuje jej wzrostem i bytuje, taki poważny, od dłuższego czasu za lśniącymi szybami kryształu. Aż za długo! Czerwona szata opina szczelnie rzeźbione ciało, błyszcząc niby choinkowa bombka. Jest lekki i kruchy, za to z czekolady! Ciocia Monika mówi, że starość uczyniła go niejadalnym I to jest jego wadą. Ponadto figurka i tak jest tylko dla ozdoby. Trudno! Trzeba obejść się smakiem.
Dla osłody, wieczorem, wujek Antoś przynosi mi jabłka i nic nie przeszkadza, że w ciemności można zjeść robaka, bo jabłka są gwarantowane. Zresztą na robaki postu nie ma.
Niedaleko Babci mieszkają kuzynki Kaźmierczakówny: Maryla –blond włosa posiadaczka sopranu; Ula – brunetka chodząca w wymyślnym gorsecie ze stali i skóry; Lonia –wesoła, ciemnooka nastolatka, towarzyszka zabaw. Ich tata to wujek Józio, kapitan saperów, ożeniony z siostrą Mamy – Marią. Ciocia Mania jest dystyngowaną elegantką, noszącą kapelusz z piórem bażanta (jak się później domyśliłem) i moją chrzestną, co procentuje otrzymywaniem drobnych pieniążków, wyciąganych ze skórzanej podkówki. Wujek Józio łowił ryby i polował. Ponadto ciągle przebywał w koszarach, bo obowiązek tego wymaga. Teraz jest na wojnie.
Jeszcze niedaleko mieszka jakiś wuja Marszałkiewicz, zacny posiadacz wielkich, siwych, wąsów i rogowej tabakierki z zapasem wiercącej w nosie tabaki. Ponadto miał jeszcze lornetkę, która przybliżała, jeżeli umiało się przez nią odpowiednio patrzeć. Ja tego, niestety, nie potrafiłem.
Nie pamiętam ile dni spędziłem u Babci Cegłowskiej, pamiętam za to zawód, jakiego doznałem, kiedy w kolumnie niewolników, pędzonych ulica Kościelną w dół, Lonia pokazywała mi Murzyna, a ja nie mogłem nikogo czarnego dostrzec w długim wężu równo idących mężczyzn.
Aż wreszcie pewnego dnia dołączyłem do reszty Rodziny na ulicy Ratajczaka nr 10 m 10.
Miejsce było zupełnie inne od dotychczas znanych. Wielka kamienica, pięcio kondygnacyjna, w kształcie litery L, z tyłu kryła trzypiętrową oficynę z nadbudówką nad smołowanym dachem, tworzącą czwartą kondygnację. Ciasne podwórko oddzielał od sąsiedniego domu, pod nr 11a, mur. Frontową kamienicę przebijała brama, wyłożona żółtymi płytkami, ozdobiona pod ścianami szlaczkiem z flisek innego koloru, a dostępu do posesji broniły z obu stron - od ulicy i od podwórza – solidne drzwi, na noc zamykane na klucz. Do lepszej części domu prowadziły z bramy szerokie schody, którymi kiedyś chodzili bogatsi lokatorzy frontowej kamienicy. Ponadto były tam jeszcze jedne, dosyć strome stopnie do parterowego lokalu –mającego –zdaje się- tylko okna od podwórza. Do mieszkań pospólstwa w oficynie wchodziło się stromymi, drewnianymi schodami, z ubikacjami na półpiętrach, ciasną klatką schodową w załomie ścian, służącą także za kuchenne schody dla służby państwa z frontu.
Tył oficyny łączył się ścianą z domem w pasażu prowadzącym od ulicy Ratajczaka do Świętego Marcina.
Rozkładu mieszkań frontowych dobrze nie pamiętam, lecz od ulicy był pokój reprezentacyjny, natomiast od podwórza była łazienka, pokój mniejszy, pokój średni i kuchnia, przylegająca do tylnych schodów, właśnie kuchennych.
W oficynie każde z mieszkań, za wyjątkiem nadbudówki, miało dwa pokoje w amfiladzie i kuchnię od szczytu.
Dom miał jeszcze jedną kondygnację: murowane piwnice. Do tej najniższej części posesji wchodziło się wąskimi schodkami od strony podwórka, wspólnym wejściem do zakładu malarskiego pana Juszczaka. Po prawej prowadziły drzwi do królestwa farb, lakierów, rozpuszczalników, kredy i innych materiałów z branży malarskiej, zaś po lewej otwierał się tajemniczy i odstraszający świat podziemi. Surowe cegły ścian długiego korytarza ociekały wilgocią, gdzie w szczelinach starych murów czasami można było zobaczyć śpiącego nietoperza, wcale nie zadowolonego zbyt bliskim kontaktem z płomieniem świeczki w rękach ciekawego badacza osobliwości przyrody ożywionej.
Nasza piwnica była na samym końcu korytarza, pod podwórzem. Niewielkie pomieszczenie mieściło skromne zapasy opału i dużą beczkę z kiszoną kapustą oraz jakieś rupiecie –jak to właśnie w piwnicy. Dojść tam, na sam koniec nieskończenie ciągnącego się przejścia, było wielkim bohaterstwem – wobec grożących w ciemnościach niebezpieczeństw. Wielkie cienie tańczyły na suficie, po krzywych ścianach i nierównej podłodze, zupełnie jak diabły i inne złe duchy w Piekle. A co się czaiło poza zasięgiem mizernego światła – nikt nie wiedział. Dorośli lekceważyli sobie ten świat duchów i śmiali się z dziecięcych obaw, ale sami żegnali się przy każdej błyskawicy, odczyniali uroki pukaniem w niemalowane drewno, unikali patrzenia w pełnię księżyca, a nawet obawiali się czegoś w lustrach. Tak piękne stworzenia, jak czarne koty nie śmiały przebiec im drogi, a krzyk sowy wywoływał żywych do Krainy Zmarłych.
O lokatorach od frontu wiem niewiele.
Oddzielny lokal zajmował jakiś lokator o niewyraźnym statusie narodowościowym, chyba Bałt z pochodzenia, nazwiskiem Łosik, parający się prowadzeniem warsztatu elektrotechnicznego. Sąsiadował przez ścianę z małżeństwem Sigmueler, mieszkającym w drugiej części mieszkania, do której wchodziło się tylnymi schodami.
Nie pamiętam już mieszkańców dwu następnych kondygnacji, lecz na trzecim piętrze osadzono niemiecką rodzinę: matka z dwoma synami ( chłopcem niedużo starszym ode mnie i kilkunastoletnim członkiem Hitlerjugend) opiekowała się niewidomym ojcem, który nieustannie pluł przez okno na podwórze ze swojego pokoju. Mąż Niemki był na froncie. Chłopak gdzieś ciągle jeździł pięknym rowerem z zegarówką i z podwórza wywoływał matkę charakterystycznym gwizdem: fi-fiju, fi-fiju,fi-fiju!
Czwarte piętro zajmował pan Glesman z córką Izą i drugą, której nie pamiętam. Dalej chyba był tylko przestronny strych, którego niskie i wąskie okienka wychodziły na ulicę Ratajczaka, pozwalając w miarę niespostrzeżenie obserwować skrzyżowanie ze Świętym Marcinem.
Lokatorów oficyny pamiętam lepiej.
W suterenie mieszkała stróżka Gruchotowa, bez męża, rzucanego gdzieś po świecie wojenną burzą. Do mieszkania tego prowadziły strome stopnie, z których wchodziło się na prawo do pralni, na lewo zaś do kuchni i pokoju. Okna do połowy schowane w gruncie wpuszczały niewiele światła do wnętrza.
Parter zajmowało małżeństwo Katarzyńskich, oboje krawcy, ciągle pracujący na wielkich stołach nad jakimś szyciem.
Pierwsze piętro należało do dwóch sióstr Ozdowskich.
Na drugim było tłoczno. Mieszkała tam pani Ludek z synem Genkiem i starą matką. Pani Wiktoria ze zdumiewającą prędkością pisała całymi godzinami na sfatygowanej maszynie, nie patrząc wcale na klawiaturę. Drugi pokój zajmował z żoną pan Laskowski, księgarz.
Trzecie piętro było zupełnie zatłoczone. W pierwszym pokoju zamieszkała Babcia Cegłowska z ciocią Monią, wujem Antosiem, Leonem i Kaziem. Drugi pokój w niewiarygodny sposób mieścił wszystkich Drewników: Mamę z Tatą i resztę, czyli (według starszeństwa) Hilarka, Genię, Ninę, Karola, Irkę, Helutkę i mnie, Olesia. Gdzieś w niebie przebywała najstarsza siostra Ola, zmarła bardzo wcześnie.
Przybudówka nad nami składała się z jednego pokoju i jakby maleńkiego stryszku (nigdy tam nie byłem), gdzie przed wojną mieszkało rodzeństwo Bilskich, do których Niemcy dokwaterowali pana Pieńkowskiego z żoną, wyrzucając ich z dotychczasowego lokum, to znaczy z mieszkania teraz przydzielonego nam. Pan Pieńkowski był elektrykiem i, podobno kiedyś, operatorem w kinie Bałtyk. Grał bardzo dobrze na gitarze, cały czas zmieniając chwyty w układ melodii, więc akordy akompaniamentu pięknie splatały się z różnymi piosenkami i towarzyszącymi często gitarzyście skrzypcami. Ów koleżeński duet przeważnie popisywał się przede mną i Helutką, szczególnie frywolną wersją znanej i ulubionej w tym czasie przez Niemców piosenki: Tiri-litkom, tiri-litkom, zaplątała sobie nitką zaplątała, zapętlała, żeby chłopcom nie dawała.
Jeszcze mieszkał gdzieś pan Rurka, chyba śpiewak operetkowy, czy coś podobnego, ale nie wiem, czy na drugim piętrze, czy też z siostrami Ozdowskimi.
Ponadto byli pomniejsi lokatorzy: szczury w piwnicy, czasem nietoperze, koty podwórkowe i –najliczniejsi- czarne, szybkie, jak błyskawica karaluchy. Nie tam jakieś mdłe francuzy ani przybyszki lecz prawdziwe karaczany wschodnie, wprost okazy z podręcznika zoologii Hilarka, gdzie prezentowano ich anatomię. Zamieszkiwały wszelkie szpary, gdzie tylko mogły się pomieścić i nocą hałasowały i szeleściły po całym mieszkaniu.
Od razu zaprzyjaźniłem się z Genkiem. O rok starszy ode mnie chłopiec, ciężko brany do galopu przez życie i potwornie zapracowaną matkę, stale intrygował mnie swoim dojrzałym zachowaniem. Potrafił ugotować makaron, załatwiać różne drobne sprawy, szczególnie z jakimś tajemniczym wujem Albinem, dla którego królików często rwał trawę i różne zielsko w parku obok Domu Żołnierza.
Spodobał się mnie ten nowy świat, tak odmienny od otoczenia Fortu III, wiecznie pełen ruchu i życia, różnych spraw, które wciskały się do świadomości niezależnie od woli. Lecz powoli zaczynałem rozumieć, że nastąpił okres nowej jakości bytu, wymagający rozwagi, ostrożności i słuchania pouczeń dorosłych.
Z sielskiego dzieciństwa, bez problemów i kłopotów nieświadomego życia malca, wszedłem w tryby bezwzględnej walki o przeżycie w warunkach nieludzkiej okupacji okrutnego wroga.
Najbliższe otoczenie było ciekawe i stwarzało wiele możliwości do rozmaitych zabaw.
Posesja nr 11. oddzielona była od numeru 11a. wąskim przejściem, prowadzącym do obszernego podwórza w kształcie wydłużonego owalu, z jakimś skwerkiem pośrodku, skąd –być może, bo nigdy jakoś tego nie sprawdzaliśmy- można było wyjść na ulicę Piekary. Owo podwórze łączył z ulicą Święty Marcin pasaż, którym nie raz skracaliśmy sobie drogę w kierunku Alei Marcinkowskiego. Narożnikowy sklep przy ulicach Święty Marcin i Ratajczaka, z artykułami papierniczymi, przyciągał wzrok rzeźbą orła nad drzwiami, skąd pewnie brała się nazwa Aquila. W kierunku strasznego Domu Żołnierza –obecnie siedziby Gestapo, był pasaż z kinem Apollo i Metropolis, gdzie w bramie sprzedawano przez małe okienko pyszne, bo dla mnie niedostępne, lody. Najwspanialsze były duże muszelki, na które było stać niemieckich żołnierzy, fundujących je swoim dziewczynom. Niebieskie rurki przy kinach stwarzały nastrój dziwnej tajemniczości, siejąc łagodnym światłem w pogrążonym w ciemnościach mieście.
W pobliżu Placu Wolności stali na swoich pilastrach, przy wejściu chyba do lokalu gastronomicznego, nieduzi rycerze w zbrojach stali sztywno, dzierżąc w dłoniach jakąś broń. Po drugiej stronie ulicy Ratajczaka przyciągała wzrok wystawa pełna błyszczących narzędzi chirurgicznych o nieznanym, a zapewne strasznym, przeznaczeniu.
Ulica Skarbowa, prawie przy naszej bramie, niczym szczególnym się nie wyróżniała, ale za to była terenem nieustannej jazdy na prymitywnych hulajnogach i miejscem idealnie nadającym się do zabawy z różnymi typami bąków, bo z rzadka przejeżdżały tamtędy jakieś pojazdy, a i te były przeważnie powolne z racji jedno lub dwu-konnego napędu.
Dalsza okolica, powoli poznawana, z jednej strony pyszniła się wielkim Zamkiem, z drugiej stromo opadała koło kościoła Świętego Marcina ku niewielkiemu placowi z podziemnymi toaletami, gdzie wiszące na ścianach automaty wydawały za niewielką kwotę jakieś małe paczuszki dorosłym. Powiadano, nam dzieciom, że to są szczególnego rodzaju czekoladki, dla dzieci zakazane, ale wyczuwało się za takim tłumaczeniem jakąś tajemnicę, a nawet omijanie tematu.
Ulicą Skarbową najlepiej było iść do Parku Marcinkowskiego, gdzie na płytkim stawku pływały dzikie kaczki i latem śpiewały spore, czarne ptaki, fletowo gwiżdżąc. Jakieś gęste krzewy, różowo kwitnące małymi kwiatkami, przyciągały wiele pszczół, które zręcznie chwytałem dwoma palcami za skrzydełka. Chwyt był pewny i bardzo rzadko udawało się owadowi dosięgnąć mnie żądłem, z bolesnym skutkiem.
Za Zamkiem było cudowne miejsce, pełne rozmaitych zwierząt, zwane przez starszych ludzi cologiem, choć nad bramą były tylko litery: ZOO. W przeciwnej stronie, daleko za placem z podziemnymi ustępami, płynęła rzeka o nazwie Warta.
W samym mieście znane były mi trzy mosty nad torami kolejowymi: pierwszy –koło dworca kolejowego- prowadził do wielkiej hali, przysadzistej jak bamberka ze znanej studni. Z pewnością byłem tam kiedyś z Mamą na zakupach. Drugim mostem szło się najkrótszą drogą do ZOO, mijając kamienny Zamek. Nazywano to miejsce kaponiera. Na tej kaponierze były dwie znane rzeczy: słup –pewnie latarnia- z dużym zegarem i sklep zoologiczny, słynny z dużej zielonej papugi. Pan Brehm nazywał ją amazonka zółtoczelną. Trzeci most przerzucono nad koleją za teatrem z miedzianym koniem na dachu. Koń był bardzo dziwny, bo ze skrzydłami i miał na imie Pegaz. Z tego mostu widać było wielką, przysadzistą, budowlę zwaną bardzo dziwnie, bo halą cepelina. Niedaleko tej hali drzewa i zarośla kryły jakąś cytadelę, do której lepiej się było nie zbliżać. Nocą paliły się tam na wysokich, żelaznych, masztach czerwone światła. Była to radiostacja.
Nasza ulica była brukowana dużą kostką, bazaltową, w przeciwieństwie do ulicy Skarbowej -pięknie wyasfaltowanej, gdzie gładka nawierzchnia uciszała turkot konnych wozów. Bardzo mi się taka ulica podobała, a i najbardziej chyba ulicznym sprzątaczom, gdyż różne śmieci –szczególnie końskie odchody, zwane pospolicie pączkami- nie czepiały się uporczywie wgłębień między kamieniami, skąd musieli je uporczywie, a głośno, wyskrobywać wielkimi miotłami z brzozowych witek. Ci pracownicy Magistratu (co to takiego?), ubrani w charakterystyczne stroje z brązowawego materiału w prążki, stale jeździli ze swoimi ręcznymi wózkami na pneumatykach, uzbrojeni w wielkie szufle i owe miotły właśnie, w wyznaczonych im rewirach, w nieskończoność walcząc z niesłychaną wydajnością końskich jelit.
Nowe miejsce zamieszkania wprowadziło więc mnie w zupełnie inny świat, z dala od zielonych pól i zagajników Białej Góry, spokoju letnich wieczorów, radosnego hasania po łąkach nad Cybiną i ciągłego kontaktu z wiecznie zmieniającą się według tego samego cyklu przyrodą.
Ale też otwierało możliwości zupełnie nie spodziewane: mnogość nowych znajomości, rozrywki w kamiennych wąwozach śródmiejskich ulic i podwórkach, zabawy w parkach i na skwerach, ciągłe podglądanie miejskiego życia.
Nade wszystko zaś było wielką, nieocenioną szkołą życia!
















komentarze [ 0] Chcesz skomentować utwór? Zaloguj lub zarejestruj się


Copyright by miastopisarzy.pl