wiersze   zarejestruj swój dom wiersze
wiersze opowiadania

wiersze, opowiadania, wierszyki

LOGOWANIE:
nie pamiętam hasła
menu podręczne:
Pomóż nam w promocji:

Jeśli podoba Ci się ten serwis, lubisz czytać i pisać wiersze i opowiadania oraz jeśli prowadzisz stronę lub bloga - pomóż nam w promocji! Wystarczy, że zamieścisz poniższy link:

<a href="http://www.miastopisarzy.pl" target="_blank">wiersze </a>

Dziękujemy! Administracja miasta.

wyszukiwarka:
polecamy serwisy:
Grom

Grom

W wielkiej ciasnocie zaczęliśmy życie w okupacyjnej rzeczywistości. Mama pracowała w Zjednoczeniu Przemysłu Ziemniaczanego, co wydawało mi się bardzo dziwna nazwą, Ojciec dojeżdżał do DWM –Niemieckiej Fabryki Broni i Amunicji, jak głosiła oficjalna nazwa, wujkowie i ciocia Monia także zatrudnieni byli w różnych miejscach, Ciocia Monia nadal w Nivei. Z mojego rodzeństwa Hilary był monterem-elektrykiem u jakiegoś Niemca. Ninę zabrano do wysokiego funkcjonariusza Gestapo, gdzie była dziewczyną do wszystkiego, ale za to mieszkała w wili przy ulicy Podlaskiej prawie przy narożniku Niestachowskiej. Niuśkę skierowano do zakładów zbrojeniowych, w każdym razie robiła coś na prasie u Focke Wulfa na terenie Targów, a także w Forcie VII. Karol był chłopakiem do pomocy w sklepie spożywczym przy ulicy Kanałowej i miał tylko taką pociechę, że czasem mógł skubnąć coś z jedzenia, a nawet przynosił po parę kostek cukru dla mnie i Eli. Pewnie też mógł polizać marmolady z brukwi i buraków, w której –zdarzało się nie rzadko- topiły się nieostrożne karaluchy i trzeba było uważać, by takiego topielca nie pomylić z jakimś nie rozgotowanym kawałkiem. A co z Irką? Nie pamiętam.
Ponieważ wujek Antoś był wielkim miłośnikiem przyrody, a szczególnie ptaków, zastawiał przemyślnie skonstruowane pułapki na cmentarzu na wzgórzu Świętego Wojciecha. Były to skrzyneczki z drzwiczkami na zawiasach u góry. Sypana do wnętrza karma przywabiała skrzydlatych zgłodnialców, bo podniesione sznurkiem drzwiczki szeroko otwierały wnętrze pułapki. Jedyna trudność w tych łowach polegała na niepewności, czy coś wejdzie do środka. Wtedy puszczony sznurek pozwalał szybko opaść zamknięciu i miało się ptaszka. Dosłownie.
Były jednak kłopoty. Brakowało odpowiedniej klatki. Ta po kanarku, czy podobna, oprócz ciasnoty wnętrza groziła uduszeniem się ptaka, gdy wciskał głowę między pręty. Trzeba było pomyśleć o odpowiedniejszym pomieszczeniu. I wujek Antek wymyślił.
Jako zręczny rzemieślnik zbudował ptasi apartament. Z grubej sklejki zmajstrował sporą skrzynkę, no, tak myślę, że według dzisiejszych norm hodowlanych zmieściłaby się tam parka papużek falistych. Wnętrze przedzielała przegroda z okrągłym otworem, aby lokatorzy swobodnie –według woli- poruszali się po całym lokum. Oszklony przód dawał dobry wgląd we wnętrze, pięknie pomalowane na zielono olejnymi farbami w tubkach. Na tle soczystej zieleni wiły się fantazyjne rośliny, mające umilić życie mieszkańcom i świadczyć o artystycznym smaku wykonawcy.
Te farby pewnie były cioci Moni, która jakieś ciągoty artystyczne miała: malowała tkaniny w kwiaty i przeróżne wzory.
Nie pamiętam, czy to arcydzieło sztuki wiązanej było kiedykolwiek zasiedlone. Pamiętam za to ptaki. Zresztą nie wszystkie mieszkały w klatkach. Przez pewien czas latała po pokoju kawka, dzika, wprowadzając w ciasnotę okupacyjnego wnętrza niemały zamęt, ku wielkiemu niezadowoleniu Mamy. Były sikorki: bogatka i uboga. Bardzo źle znosiły niewolę. Szukając bezustannie drogi wyjścia na wolność. Właśnie wtedy narażały swoje życie, wkładając głowę między żelazne druty. Lubiłem patrzeć, jak zręcznie rozdziobywały nasiona słonecznika czy konopii.
Nie wiem jak długo sikorki były trzymane w niewoli, ale uboga kiedyś zdechła i wujek spalił ja w angielce. Ze zdziwieniem oglądałem potem małą grudkę żarzącego się węgielka – wszystko, co zostało po ruchliwym i rwącym się do wolności ptaszku.
Być może w domku mieszkał grubodziób czyli grabołusek. Pastelowo ubarwiony ptak wyróżniał się naprawdę grubym dziobem, którym rozłupywał pestki wiśni. Był spokojny i nie sprawiał kłopotu. Pewnie odzyskał wolność, tak jak inne ptaki, ale z nich tylko dzwoniec wracał na parapet okna po sypane tam pożywienie.
Tak powoli poznawałem ptaki i w ogóle życie przyrody, korzystając z bezgranicznej cierpliwości wujka Antka. Wielkie tomiska Brehma zawsze mogłem przeglądać i nikt nie wyrażał obawy o ich zniszczenie. Przydała się więc przedwojenna nauka czytania!
Oprócz ptaków wujek Antoś znał się jeszcze na poezji. Chodził po mieszkaniu i deklamował: Z wieku i z urzędu ten zaszczyt mu się należy. Idąc, kłaniał się damom, starcom i młodzieży”. Znałem starców, biednie odzianych ludzi, wystających w ogonkach po wojenne przydziały. Znałem też młodzież, rozbrykanych rówieśników i nieco starszych wyrostków, ale nie znałem dam. Był to jakiś rodzaj kobiet nie spotykany w naszej rodzinie. Może najbliższa im była ciocia Maria –moja chrzestna- żona wujka Józia, kapitana saperów na wojnie. Nie wiem.
Wujek Antek znał na pamięć chyba całe te historie o jakiejś szlachcie, jej sporach, zabawach, polowaniach i różnych awanturach, nawet wielkiej strzelaninie! Dziwnie układały się gładkie słowa w ciekawą opowieść, zupełnie inne od codziennej mowy, bo rymowane. Nie były to jednak częstochowskie rymy, w rodzaju: „Proszę nie stać na peronie, dużo miejsca jest w wagonie”. O, nie! Coś takiego miały w sobie, że można było ich słuchać niby muzyki. Płynęły gładko wieczorem, kiedy wszyscy byliśmy razem i pokazywały życie, mimo wszystko, spokojne, na własnych śmieciach, chociaż borykano się tam z różnymi sprawami. Tak chciałoby się żyć. Kto wie, dokąd zaszedł bym pod kierownictwem łagodnego wujka, gdyby Historia nie wskazała palcem na naszą rodzinę.
Wujek Leon jakoś niczym się nie wyróżniał, za to ciocia Monia była kiedyś harcerką i posiadaczką –oprócz ślubnej wyprawy, jak sadzę- grubego śpiewnika. Przeglądałem go później, wyobrażając sobie owe nocne wędrowanie jasną wstęgą szos i wdzieranie się na szczyty aby czołem sięgnąć chmur. Jakże pragnąłem doznać tych wrażeń! Gdzież mnie, jednak –ubogiemu chłopcu- było do tych wspaniałości? Czy kiedykolwiek miałem szansę siedzieć przy ognisku i słuchać jak szumią knieje? Albo płynąć pod żaglami Zawiszy? Na to trzeba było pieniędzy! Gdybym znał to słowo, to powiedziałbym, że jedna piosenka wywoływała we mnie uczucia ambiwalentne. No bo nie wiem, czy chciałbym z krwawą na kurtce plamą odchodzić dumnie w dal, jak ten mały obrońca Lwowa, ale dobrze jest być bohaterem, nawet za cenę życia, jak trzeba.
Wujek Kazio zajęty był swoimi poważnymi sprawami, za to wujek Nikuś –to co innego. Miał złote ręce blacharza. Bez końca można było patrzeć na jego prace w warsztacie. Przecież wykonanie zwykłego haka rzeźnickiego było wspaniałym –dla mnie- popisem panowania nad ogniem, żelazem i wodą.
Wielkie nożyce przycinały na odpowiednią długość gruby drut. Na odpowiednią! Każda inna była zła! Nieodpowiednia właśnie. Teraz kawałki rozgrzewały się na koksowym palenisku do białości i –chwycone kleszczami- uderzenia młotka formowały je w kształt litery S. Zaraz potem, póki gorące (a więc stąd brało się znane przysłowie!), zręczne uderzenia zaostrzały oba końce, aż złote iskry malowniczo leciały na ziemię. Właśnie z ich powodu trzeba było trzymać się z daleka, a wujka chronił gruby, skórzany, fartuch. Na koniec kubeł z wodą z sykiem ochładzał prawie gotowy wyrób. Czekało go jeszcze bielenie w cynie. W specjalnym naczyniu roztopiona cyna powlekała cienką warstwą odtłuszczony wyrób i hak był gotowy. Ale to była tylko dziecinna wprawka terminatorów. Prawdziwym arcydziełem były autoklawy. Małe wanienki, hermetycznie zamykane na śruby, do gotowania golonek.
I taki mistrz był niezbyt poważany w rodzinie. Głównie z powody wypadku w dzieciństwie, po którym dłuższy czas był nieprzytomny, a także trochę dla ukochanego hobby – tresowania psów. Podobno jakiś inny miłośnik tych zwierząt, nie bardzo władał swoimi władzami umysłowymi, ale żeby wujka przyrównywać do nieznanego wojaka?
Wujostwo Maria i Nikodem mieli jedyną córkę, Halinę. Mieszkali wysoko pod dachem, na rogu ulicy Wodnej i Mostowej, w mieszkaniu pełnym tajemniczych zakątków, zasłon i przejść, łączącym się długim przejściem z warsztatem. Pośród mroku tajemniczo błyszczały oczy Saby –brązowego boksera- i jeszcze bardziej świecący zielono fosfor w słoiku.
Lubiłem koty. Kiedyś przyniosłem szarego tygryska do domu i Mama dała się ubłagać, aby został na jakiś czas. Miał swój karton z piaskiem, który –niestety- dawał znać o swoim istnieniu. Kotek nigdy nie chciał przyjść do mnie, za to ciągle wskakiwał Mamie na kolana, co wzbudzało moją dziecięca zazdrość. Nie pomagały tłumaczenia, aby kota trzymać lekko i nie dusić, wtedy sam przyjdzie. Wreszcie mały lokator stał się zbyt uciążliwy i Karol wyniósł go gdzieś w pobliże dobrych ludzi, co należy dzisiaj tłumaczyć jako porzucenie na łaskę losu!
Najładniejsze jednak koty były w ZOO! Nigdy nie chciałem odejść od klatki z lwami, tygrysami albo panterą. Niby koty, lecz niebezpieczne. I mądre! Doświadczył tego niemiecki żołnierz, szturchający szczudłem lwa, mimo barierki ochronnej i stosownych napisów po niemiecku. Tak długo nie dawał spokoju wielkiemu kotu, aż ten odwrócił się i dokładnie obsikał dręczyciela. Śmiechu było co niemiara! Szczególnie u Polaków, lecz Niemiec uznał swoją winę i nie robił awantury.
Minęły trzy okupacyjne lata. Dla nas, dzieciaków, były to lata głodne i chłodne, najeżone różnym niebezpieczeństwami, o których często nie mieliśmy pojęcia. Najwyraźniejsze groziło ze strony Hitler Jugend. Łatwo było być pobitym bez żadnej prowokacji, na przykład podczas zabawy bąkiem na ulicy Skarbowej. Wszechwładza okupanta –funkcjonariuszy SS, Gestapo i policji- w połączeniu z wrogością niemieckich mieszkańców Poznania i volksdeutschów bardzo utrudniała życie: strzec trzeba się było na każdym kroku.
Kiedyś, wieczorem, przenosiliśmy od znajomego Mamy –mieszkającego przy Starym Rynku- wieprzową wątrobę z nielegalnego uboju świni. Kara za takie złamanie prawa była właściwie nieograniczona. Dzieci były jaką taką gwarancją bezpiecznego przeniesienia cennego towaru do domu. A wystarczyłby jeden niemiecki, głodny, pies na spacerze! Jednak wszystko poszło dobrze i miałem okazję przypatrzeć się robieniu pasztetu.
Innym razem w Delikatesach na ulicy Ratajczaka (sama nazwa była wspaniała) sprzedawano gawrony. Nie wiem, czy były młode, lecz po kupie roboty z oskubywaniem Mama starannie je upiekła. Trzeba było wykorzystać każdą okazję dla zdobycia kawałka mięsa. Nie podobały mi się tylko małe robaki chodzące wśród piór i nieprzyjemnie łaskoczące w ręce podczas pracy.
Czasem trafiała się pomarańcz, soczysta i czerwona w środku, pięknie pachnąca albo słodki arbuz, pełen czarnych pestek, chroniony grubą skórką w białe paski. Raz wujek Antoś przyniósł do domu jakieś małe niby orzeszki i powiedział, że są to kasztany i zjemy je jako wielki przysmak. Kasztany! Kto je coś tak gorzkiego? Chyba tylko konie. Ale wujek uparł się przyrządzić je jak należy. I przyrządził. Mianowicie kasztany te należało upiec i jeść póki gorące. Poszły więc owe kasztany do pieca. Z wielkimi emocjami i nawet apetytem na ten cudzoziemski przysmak czekali wszyscy, aż kasztany upieką się, jak należy.
Wreszcie nadeszła właściwa chwila i wujek Antek, z miną starego magika wyciągającego z kapelusza już nie królika, ale słonia – wyjął owe kasztany z angielki. Ze zdumieniem, ale i zawiedzeni, patrzeliśmy na garstkę zwęglonych francuskich przysmaków: ot kupka węgielków i tyle!
Mama posłała mnie na nauki religijne. Pragnęła, aby moja przyspieszona Komunia Święta była intencją na szybkie zakończenie wojny. Chodziłem więc z Helutką na nauki do salki w budynku przy ulicy Piekary róg Świętego Marcina. Na ścianach były dziwne maski, pustymi oczodołami patrzące tępo na zgromadzone dzieciaki i rozdziawiające głupkowato usta. Do tego każda maska miała z boków wijące się jakby wstążki. Skąd mogłem wiedzieć, że to najprawdziwszy teatr?
Ksiądz uczył nas różnych rzeczy. Mówił o diabłach, aniołach, stworzeniu świata, Adamie i Ewie i surowo egzekwował różne prawdy wiary, grzechy główne, przykazania Boskie i kościelne. Śpiewaliśmy też różne pieśni, z których w ucho wpadła mi: Już od rana, rozśpiewana, chwal, o duszo, Maryję. Śpiewałem, ale nie bardzo wiedziałem o co w niej chodzi, szczególnie jakiś cud bożywy wydawał mi się zupełnie niezrozumiały. Nie wiedziałem też, co znaczą słowa: jej wielmożność uboga jak i przechwalebna, przebłoga.
Grzechy główne były okropne. Właściwie znałem je z przeglądanej ukradkiem grubej księgi „Prawidła życia chrześcijańskiego”. Jak się potem okazało wydali ją wrogowie naszej świętej wiary i Watykanu!
Grzechy przedstawione były w otoku wokół głowy bardzo paskudnego diabła i łączyły się z nim jakby wypustkami. Same okropieństwa! Oto wielki buldog bił pięścią biedną owieczkę – Gniew. Tu zaś lew przytulał słodka sarenkę i była to –nie wiedzieć czemu- Nieczystość. Tam jakiś wąż, ubrany w garnitur i krawat, pisał coś pracowicie, wysuwając rozdwojony język w kierunku kałamarza –Oszczerstwo. Z drugiej strony gruba świnia jadła z wielkim apetytem smakowite potrawy, osłaniając gors wielką chustą – było to Obżarstwo. Jakiś paw puszył się i pokazywał wspaniały ogon i była to –Pycha. Było jeszcze Lenistwo i Chciwość. Zdaje się, że przy Chciwości ktoś liczył stosy monet, czego bardzo zazdrościłem, bo biedny jest dlatego biedny, że właśnie nie ma pieniędzy. Prawdopodobnie Lenistwo było kotem, palącym w wygodnej pozycji długą fajkę.
Jednak nauki dały właściwy efekt i idąc do Pierwszej Komunii Świętej wiedziałem dobrze, że cała ta straszliwa siódemka wzięła mnie w posiadanie! Okropnie bałem się Piekła, które należy się szczególnie tym, co zatajają swoje grzechy. Idąc więc za radą księdza i Rodziny pracowicie wypisywałem swoje grzechy na kartce papieru. Doszedłem w tym do takiej wprawy –z biegiem czasu- że wystarczało mi niedużo chwil, aby zapełnić dokładnie kartę kancelaryjnego papieru!
Pierwsza Komunia Święta była w kościele świętego Marcina. Wszystkie dzieci ubrane były na biało i trzymały w rękach papierowe lilie. Swoim mizernym wzrostem przyciągałem powszechną uwagę. Nie wiem jednak, czy był to podziw dla pobożności tak małego dziecka, czy też wątpliwości natury religijnej: -Co tak małe dziecko wie o wadze dokonanego przed chwila aktu? Chcąc Mamie sprawić radość powiedziałem cos takiego: -Mamusiu! Jaki się czuję szczęśliwy! I biedna Mama uwierzyła małemu konformiście!
Potem było śniadanie z najprawdziwszymi bułkami i radosny nastrój przez cały dzień.
O późniejszym cyrku w kościele, kiedy rozkładałem elaborat mojego łotrostwa przy konfesjonale, łaskawie przemilczę przez wzgląd na szacunek dla wyznawanej wiary.
Jakie to smutne i wiele dające do myślenia, iż nie było w Rodzinie nikogo, kto by nachylił się ze zrozumieniem nad lichym dzieckiem, przygniecionym brzemieniem przesadnych nauk!
Było też jedno wesele. Wujek Kaziu żenił się z panną Ireną. Ślub odbył się w kościele Świętego Marcina i myślę, że był całkiem okazały. Panna młoda ciągnęła za sobą długachny welon, niesiony przez dwie małe dziewczynki. Szła w tej ślubnej sukni, wlokąc go za sobą z doczepionymi dziewczątkami, dziarskim krokiem. Wydawało się mnie, że także ciągnęła szybko do ołtarza wujka Kazia, po czerwonym dywanie od wejścia do stopni ołtarza. Byłem na chórze z Ulą i innymi kuzynkami, więc wszystko dobrze widziałem.
Wesele wyprawiano na ulicy Ratajczaka. Było wesoło, jak to na weselu, nawet wojennym, goście śmiali się i plotkowali a dzieciaki miały wspaniałą wyżerkę i także dużo uciechy. Były i emocje. Zaproszony fotograf zrobił weselne zdjęcie! Była to tajemnicza ceremonia, z użyciem wielkiego aparatu fotograficznego na statywie i czarnej płachty oraz magnezji. Fotograf poustawiał całe towarzystwo, wybrzydzając bez końca, potem wszedł pod płachtę, coś tam robił i od nowa z wielkim przejęciem zrobił porządek z przejętymi trochę ludźmi. Wreszcie chwilę manipulował z przodu aparatu, wysunął rękę z niedużą tacką z ową tajemniczą magnezją do góry, zapowiedział: -Uwaga, nie ruszać się...i błysnęło! Huknęło też!
Efekt tego fotografowania był zadziwiający. Na prostokątnym kartoniku widnieli stłoczeni, jak śledzie w beczce, goście weselni –z parą młodą pośrodku- wytrzeszczając oczy z dziwnym grymasem, jakby mocno czegoś przestraszeni.
W pewnym momencie, panna młoda -już ciocia Irka- zagarnęła pod szeroki welon wszystkie dzieciaki. Owinęła nas zwojami lekkiej materii, jak pająk schwytana muchę pajęczyną i z najprawdziwszym rozmarzeniem w głosie powiedziała: -Żebym miała tyle dzieci, ile was tu jest. Jako rogata, ale ciągle stłumiona strachem natura, zdziwiłem się, że ciotka plecie takie głupstwo, bo wiadomo: kupa dzieciaków to kupa kłopotów, a przede wszystkim kupa głodnych gąb do ubrania i wykarmienia! Czyż nie mawiali doświadczeni ludzie: -Kto ma pszczoły ten ma miód, kto ma dzieci ten ma smród?
Nie dane było nam jakoś przeżyć wojny i okupacji, jak innym rodzinom: głodno, biednie, lecz w całości.
Historia pokazała na nas palcem w połowie 1942 roku. Burzowe chmury zbierały się już od dawna. Niespodziewanie, 15 stycznia 1943 roku, uderzył grom: wieczorem przyszli po Mamę i wujków: Kazia, Leona i Antosia. W tym samym dniu gestapo aresztowało też ciocię Marię Kaźmierczak i wujka Nikusia.
Ciocia Monia była łączniczką w grupie doktora Witaszka, ta zaś ...czerwca 1942 roku została rozbita a wszyscy członkowie straceni na Forcie VII w dniu 8 stycznia 1943 roku. Właśnie w tydzień po tej egzekucji aresztowano na rozkaz Himmlera członków rodzin witaszkowców. Ocalała tylko jedna ciotka, Hela Witkowska z Wągrowca, bo została pomylona z ciocią Stelą, zmarłą dawno przed wojną.
Wiadomość o straceniu cioci Moni ukrywano przed Babcią -być może- przez całe jej długie życie. Zresztą może nawet widziała swiatłokopię wyroku i zawiadomienia o straceniu, lecz prawie nie czytała, więc ukrycie strasznej prawdy nie było takie trudne. Podobnie o śmierci kolejnych dzieci.
Zostaliśmy więc sami, z babcią Marią Cegłowską jako opiekunką gromady małych i trochę podrośniętych dzieciaków. Z nas tylko Nina i Hilarek przebywali poza domem, reszta –pięcioro osieroconych dzieci- borykała się z codziennością, pomagając Babci, bo Ojciec zajęty był pracą ponad siły, dorabiając jeszcze po nocach na wyżywienie nas i pomoc dla Mamy w obozie oświęcimskim.
Sytuacja była tragiczna. Ale kto z nas wiedział, co to jest obóz koncentracyjny? Gdy padło to słowo, wyobraziłem sobie wielki plac z setkami namiotów, gdzie zgromadzeni ludzie pędzili życie niby na jakimś zlocie harcerskim, o którym czytałem, iż odbył się w Spale, a sam Pan Prezydent Mościcki doglądał harcerzy, chwaląc za osiągnięcia.
Najpierw jednak wszyscy byli osadzeni w siedzibie gestapo, potem przeniesiono ich do Fortu VII. Pamiętam, że w odzieży i innych rzeczach, stamtąd przychodzących, ukryte były maleńkie karteczki, zapisane drobnym maczkiem. Te wieści czytano z wielkim przejęciem. Dwudziestego szóstego marca 1943 r. pierwsza grupa witaszkowców została z Fortu VII przewieziona do obozów koncentracyjnych: kobiety do Oświęcimia, mężczyźni do Mauthausen-Gusen. W tej grupie była ciocia Mania Każmierczak i wujkowie Leon i Antek.
Mamę przeniesiono do Oświęcimia-Brzezinki 2 kwietnia 1943r., zapoznając ją nocą w przeddzień transportu z przyczyną aresztowania: przynależność siostry Moniki do organizacji terrorystyczno-sabotażowej i wrogie nastawienie Mamy do Rzeszy Niemieckiej.
Życie jednak ma swoje prawa, więc trzeba było twardo zabiegać o podtrzymywanie nędznej egzystencji, nie poddając się rozpaczy. A ta nieustannie chciała wcisnąć się w nasze progi.
Bowiem 9 kwietnia 1943 roku zmarła w Oświęcimiu ciocia Mania, 27 kwietnia zmarł wujek Leon, zaś 2 maja 1943 roku zmarł wujek Antoś. Wujek Kaziu jeszcze zdążył zamknąć oczy swemu bratu. Te smutne wieści bardzo sprawnie przekazywali sobie więźniowie.
Było strasznie! Długo nie nadchodziły wiadomości od Mamy. Przerażająca rzeczywistość siała zwątpienie w najtwardszych sercach. Życie na pograniczu hazardu wyczerpywało nerwy.
Bez Mamy było bardzo ciężko i smutno. Nikt nie wiedział, czy kiedykolwiek Ją zobaczymy. Nawet ci, co zostali oszczędzeni przez los żyli w jakimś dziwnym zawieszeniu między wykoślawioną egzystencją a ciągłym zagrożeniem nędznego bytowania.








komentarze [ 1] Chcesz skomentować utwór? Zaloguj lub zarejestruj się


Copyright by miastopisarzy.pl