wiersze   zarejestruj swój dom wiersze
wiersze opowiadania

wiersze, opowiadania, wierszyki

LOGOWANIE:
nie pamiętam hasła
menu podręczne:
Pomóż nam w promocji:

Jeśli podoba Ci się ten serwis, lubisz czytać i pisać wiersze i opowiadania oraz jeśli prowadzisz stronę lub bloga - pomóż nam w promocji! Wystarczy, że zamieścisz poniższy link:

<a href="http://www.miastopisarzy.pl" target="_blank">wiersze </a>

Dziękujemy! Administracja miasta.

wyszukiwarka:
polecamy serwisy:
"Wolniej, proszę"
- Obiad!
...Kiedy byłem mały i bawiąc się z kolegami przebiegaliśmy pod balkonem, często słyszałem to wykrzyknienie...
- Idę!
Tak też zwykle odpowiadałem i chyba nie zdarzyło się, żebym od razu poszedł jeść. Już wtedy zawsze potrafiłem znaleźć sobie zajęcie, nawet, kiedy nie było nic do roboty. Koledzy zazdrościli mi tej umiejętności; bardzo szybko stałem się nieformalnym przywódcą grupy- to ode mnie zależało, w co będziemy się w danym dniu, w danej chwili bawić. Wszyscy traktowaliśmy swoje funkcje bardzo poważnie, ale gdyby Radek czy ktokolwiek inny wymyślił coś, co wszystkim by się spodobało i wszyscy chcieliby to robić, wtedy on przejąłby dowodzenie i poprowadził nas na tajną misję grupy komandosów na teren starych ogródków działkowych czy na plac budowy nowego, piaskowego miasta, lecz przeważnie nic takiego się nie działo i znów ja musiałem coś wymyślić. Wszyscy dziwili się jak, po krótkiej chwili namysłu, potrafię stworzyć historię, o której każdy z nas kiedyś, nawet przez chwilę myślał. To nie było trudne- pytałem siebie, na co miałbym teraz ochotę i za sekundę, w myśli, widziałem jak robię tą rzecz, potem wystarczyło opowiedzieć o tym reszcie, wspólnie dopracowywaliśmy plan i dwie, trzy godziny, nierzadko całe popołudnie lataliśmy w kółko osiedla. Zawsze wszystkim się podobało; wszyscy byliśmy szczęśliwi stojąc nad wykopanym schronem czy zburzonym przed chwilą budynkiem z piasku...
... Kiedy skończyliśmy podstawówkę, zaczęło się tworzyć coś nowego- wraz ze zmianą szkoły, zmieniliśmy się i my. Spotykaliśmy się coraz rzadziej- nikt tego chyba nie żałował. Poznaliśmy nowych kolegów; wszystko było wtedy nowe... Coś w tym jednak jest, że pierwsze doświadczenia gdzieś w środku człowieka pozostają- czytam drugi raz tę samą książkę, nie pamiętam jak rozwijała się akcja, ale prawie każdy rozdział przypomina mi wrażenie, które wywarł na mnie, kiedy czytałem go po raz pierwszy. W którym momencie starzy „my” zamieniliśmy się w nowych?; Kiedy przeszłe wydarzenia i osoby zatarły się w pamięci do tego stopnia, że straciły jakąkolwiek moc?- Istota zmiany jest nieuchwytna, można obserwować poszczególne fazy a na końcu jest efekt. Zdarzało się nam jeszcze chodzić do tych wszystkich miejsc: siadaliśmy na ławce, na huśtawkach, patrzyliśmy na stare domki działkowe lub wydmy na poligonie- i nic; minęło...

Jak ten samochód. Lubię patrzeć na kierujących; wydaje im się chyba, że te parę okien to ich duży pokój w domu; najlepsze są kobiety- za każdym razem, kiedy widzę je prowadzące, przychodzi mi na myśl żona Karenina i nijak nie mogę jej sobie wyobrazić zmieniającej biegi czy kombinującej jak tu wyprzedzić tego z przodu, nawet, jeśli bardzo śpieszyłoby się jej do Wrońskiego; ona siebie w takim pojeździe raczej też by nie widziała... Współczesna Anna, stojąc na światłach, przynajmniej trzy razy przegląda się we wstecznym lusterku: sprawdza makijaż, poprawia włosy, patrzy czy w samochodzie za nią nie siedzi jej hrabia, przy czym ta ostatnia czynność trwa najkrócej. Ciekawe, przecież to jedno spojrzenie...Jego oczy...Nic nie trzeba mówić! Dlaczego więc rzucane jest owo spojrzenie, jakby od niechcenia? Dlaczego Anna nie wierzy, że hrabia może siedzieć w samochodzie za nią? Może jest już zmęczona, bo we wstecznym lusterku widzi ciągle obojętne twarze? Albo, dlatego, że w swoim życiu spotkała już ich wielu... za wielu? A może, dlatego, że w telewizji o takich sytuacjach nikt nie mówi, więc skąd Anna może wiedzieć, że w pojeździe, którego światła odbijają się w jej wstecznym lusterku, znajduje się hr. Wroński? Ta piękna brunetka nie zastanawia się nad przyczynami i skutkami- nie ma na to czasu- bo śpieszy się do pracy albo na spotkanie z przyjaciółką- światła się zmieniają a ona rusza; pewnie już nie potrafi wyobrazić sobie życia bez auta... Ale jedno mnie z Anną łączy- oboje zwracamy, choć nie zawsze, uwagę na to, jakie wrażenie wywieramy na obserwatorach, którzy widzą nas przemykających w samochodach; ja sam często jestem takim obserwatorem i zachodzę w głowę czy Anna przejeżdżając, choć raz jeden pomyślała sobie, że mogę na nią, w tym momencie, patrzeć, myśleć o niej; a może to właśnie dlatego jej oczy wydają się wtedy tak rozmarzone? Dwoje głębokich brązowych oczu są sekretnym wejściem do, nikomu nieznanego, świata myśli i przeżyć tej Pani.

Zamyśliłem się- herbata wystygła, a przez to nie jest już taka dobra. A może cały urok picia herbaty polega na jej stygnięciu? Mogę wtedy obserwować zadziwiające zjawisko- patrzę na poręcz fotela i widzę parę wydobywającą się z kubka, w dużych ilościach; naczynie stoi tuż obok mojej ręki, czuję jego ciepło, które rozluźnia, wydaje się wtedy, szczególnie podczas zimy, że za oknem jest podobnie- to rozluźnia jeszcze bardziej; myśli płyną wtedy szybko- przejeżdża jeden samochód, za nim drugi, trzeci i kolejny, każdy oprócz dymu z rury wydechowej i dźwięku silnika, niesie za sobą swoją historię, składają się na nią wszystkie perypetie jego właścicieli; najłatwiej odczytać te ostatnie: tamten pan, co siedzi w granatowy Renault- pali papierosa, zaciąga się długo, ale wypuszcza dym względnie szybko, do ostatniej chwili czeka ze "strzepnięciem wypalonego tytoniu" jakby nie zauważał, że tyle już wypalił, choć papierosa trzyma palcami lewej dłoni, która spoczywa na kierownicy. Wygląda jakby o czymś intensywnie myślał, albo raczej jak człowiek, który rozpływa się w jakimś niedawnym wspomnieniu; może ostatniej bezchmurnej i ciepłej nocy, którą spędził na tarasie swojego, lub nie, domu, gdzie od zmierzchu do świtu kontemplował latające samoloty i spadające gwiazdy- wyobrażał sobie siebie, siedzącego na jednej z nich, oddającego się błogiemu uczuciu niechcenia, co pozwalało mu zapomnieć o planecie, z której przed chwilą odleciał. A może siedząc tak i rozmyślając, w pewnym momencie usłyszał basowy odgłos przecinanego powietrza, a tuż za poręczą balkonu przeleciała kobieta śmiejąca się szczerze i swawolnie? Samochód odjeżdża nie pozwalając mi skończyć rozpoczętej historii tego pana; kiedy wyrzuca on niedopałek papierosa przez okno, patrzy przez chwilę w moją stronę i uśmiecha się tak jak uśmiechamy się do kogoś, kto odgadł nasz sekret, choć ani słowem o nim nie wspomnieliśmy... Ciekawe czy mnie widział.
- Schodzisz jeść czy nie?!
- Już...

****
- Przepraszam, czy tu wolne?- Zawsze, kiedy zadaję to pytanie, szczególnie kobiecie, od razu ukazuje mi się przed oczami efemeryczno surrealistyczna przygoda, która uwikła nas oboje... Te cztery słowa to klucz- ona patrzy się na mnie a jej oczy, przeraźliwie inteligentne, przeszywa ledwie zauważalny błysk, nie jestem pewny czy faktycznie go widziałem, wzdrygam się instynktownie, ale od razu przychodzi ciekawość- próbuję się uśmiechnąć, ale to chyba nie jest prawdziwy uśmiech tylko owa ciekawość, która rozpiera mnie od środka; tak bardzo chce być zaspokojona, że wyrywa się ze mnie, w paroksyzmie rozkoszy doganiając upragnioną wiedzę- pewność- spokój. Wysiadłszy z autobusu, znajdujemy siebie dopiero na tarasie kawiarni, prowadzą tam dwa wejścia z sali, wchodzimy tym prawym; dwa rzędy stolików rozdziela przejście, którym suną zwinni kelnerzy i dostojni goście; siadamy pod ścianą przy pierwszym stoliku od prawej strony, który jest zarazem pierwszym przy barierce, za którą, około 4 metry w dół, jest ulica; sącząc martini, rozmawiamy; pławimy się w czasie, podporządkowujemy go sobie, modelujemy, na zmianę, rzeczywistość, w której się znajdujemy- ona opowiada mi o swojej wizycie na basenie, gdzie po raz pierwszy widziała nagą kobietę a ja o sytuacji, jaką ostatnio zaobserwowałem w sklepie. Patrzę na jej małe, pełne piersi, widać je spod przezroczystej bluzki, wszyscy przechodzący obok nas patrzą się na nie; jej oczy śmieją się pogardliwie, wyzywająco... Wiem dokładnie, dlaczego założyła akurat to; dlaczego patrzy się na ludzi w ten sposób. Budzimy się następnego dnia w jej mieszkaniu, jest dziwnie znajome; następne dni wyglądają podobnie...Analizuję wszystko wieczorem, przed zaśnięciem a rano, składam to znów w jedną całość i tak bez końca. Szkoda, że takie rzeczy nie dzieją się na Ziemi...
- Tak, proszę.

Autobusy byłyby cudownym punktem obserwacyjnym, gdyby nie to, że każdy może z nich korzystać. Często bywa tak, że kiedy znajdę dogodną pozycję do śledzenia niepewnych wchodzących, obojętnych lub niecierpliwych siedzących oraz zadowolonych i optymistycznie nastawionych wychodzących, pojawia się grupa lub pojedyncza osoba kompletnie nieświadoma moich sekretnych planów i udaremnia je, wypowiadając nawet jedno słowo, które skorzysta z mojej chwilowej nieuwagi i dekoncentracji, wpadając do mego ucha. Wtedy jestem zdemaskowany i wydany na pastwę autobusowego tłumu; nie pomoże udawanie, że nic się nie stało, bo każdy, kto spojrzy, zaraz domyśla się prawdy i następuje kontratak- poziom hałasu wzrasta- wzmagają się rozmowy; rozmowy o rzeczach najzupełniej obojętnych są najgroźniejszą, ale najczęściej stosowaną bronią, moje środki obrony, i ataku zarazem, są bardzo skąpe i w wielu przypadkach niewystarczające-, kiedy muszę walczyć w pojedynkę, mogę używać tylko jednej techniki- upodabniania się do wroga, polega ona na tym, że zrzucam swe okrycie maskujące i staram się zachowywać i wyglądać jak mój nieprzyjaciel; skuteczność tej metody zależy od wielu czynników, więc jest ona dość ryzykowna, ponadto wymaga niewiarygodnego wysiłku z mojej strony, co w końcowych etapach walki powoduje spadek koncentracji- ten, równa się przegranej. Często, kiedy jestem sam, poddaję się więc bez walki, ale obie strony wiedzą, że to tylko bitwa. Zupełnie inna jest sytuacja, kiedy mam wsparcie- wtedy do dyspozycji są dwa sposoby działania, które tak różne od siebie, dają podobny efekt. Mój towarzysz może być nieświadomy bitwy staczanej na jego oczach, i wtedy, gdyby nie był ze mną, na pewno dołączyłby do moich przeciwników, ale przez to, że siedzi na fotelu obok, jest w zasięgu mojej strefy ochronnej i jesteśmy, w oczach tłumu, jednym zagrożeniem; nasza siła pochodzi tylko ode mnie, ale wróg o tym nie wie i to daje nam pewną przewagę, bo oczywiste jest, że inaczej walczy się przeciw jednemu a inaczej przeciw dwóm przeciwnikom. Kiedy sytuacja wygląda właśnie w ten sposób, staram się grać na czas i nie dopuścić do ataku, czasem to się udaje i wychodzę z autobusu tylko lekko zmęczony, ale jeśli jest inaczej, wtedy wyglądam jak po, samemu stoczonej i przegranej bitwie. Ale kiedy mój towarzysz jest świadomy powagi sytuacji, wtedy walczymy do końca; rzeczywistość taka jest bardzo dla nas korzystna, gdyż mamy podwójną siłę, dwie strefy ochronne oraz przewagę psychologiczną. Tłum wie, że stoi na prawie straconej pozycji- nasza obrona jest zbyt silna a atak, w postaci bardzo konkretnego abstrakcyjnie tematu, sieje spustoszenie, więc tym razem nasz przeciwnik oddaje pole; ale o kapitulacji nie może być mowy. Zdarza się w autobusach jeszcze wiele innych sytuacji, które albo są nie do przewidzenia, albo występują tak sporadycznie, że nie...
- Cześć Krzysiek!
- Ehh, cześć...
- Co tam u Ciebie słychać?
- Co to za pytanie? Przecież nie opowiem wszystkiego, co się u mnie zmieniło, choćby przez ostatni tydzień, w dwóch zdaniach, tak żeby zdążyć przed przystankiem, na którym on wysiada...- A nic...Wszystko w porządku; trochę się uczę, trochę czytam- wszystko po staremu.
- To tak jak u mnie: aaah, już nie mogę patrzeć na książki, w kółko to samo, ledwo na jakieś piwo mogę sobie wyskoczyć; kiedy ja na jakiejś imprezie byłem...?- Już sam nie pamiętam...A, słuchaj!- Może byśmy się jakoś starą paczką ustawili na coś? Masz jakiś kontakt z Martą? Bo ja widuję czasem Bartka i Olkę, a Ty, co? Ale to by była akcja!
- No tak...Ja dawno Marty nie widziałem, nie mam z nią kontaktu.
- Dobra, coś się wykombinuje...Ale nie mogę, zobacz- tyle czasu się znamy a nigdy nic nie piliśmy razem, ale będzie jazda! Ostro się schlejemy, co?!
- Ja to tak za bardzo nie mogę... Dużo się muszę uczyć, wiesz...
- Ta, jasne, nie pierdol; ja mam czas i na chlanie, i na dziewczyny, i jeszcze pograć na kompie, no i coś tam się uczę. He eh he. No, ale mówisz, że uczysz się i nie masz czasu a siedzisz tu w tym autobusie tak bezmyślnie- teraz mógłbyś czytać, a potem byśmy się schlali?
- Nie siedzę bezmyślnie...
- A co robisz, przecież widzę, że nic!
- Myślę...
- Cho cho, a o czym to tak myślisz?
- O czym ja myślę...?


komentarze [ 9] Chcesz skomentować utwór? Zaloguj lub zarejestruj się


Copyright by miastopisarzy.pl