wiersze   zarejestruj swój dom wiersze
wiersze opowiadania

wiersze, opowiadania, wierszyki

LOGOWANIE:
nie pamiętam hasła
menu podręczne:
Pomóż nam w promocji:

Jeśli podoba Ci się ten serwis, lubisz czytać i pisać wiersze i opowiadania oraz jeśli prowadzisz stronę lub bloga - pomóż nam w promocji! Wystarczy, że zamieścisz poniższy link:

<a href="http://www.miastopisarzy.pl" target="_blank">wiersze </a>

Dziękujemy! Administracja miasta.

wyszukiwarka:
polecamy serwisy:
Obudzisz, gdy minie ten ból?

Obudzisz, gdy minie ten ból?


Każdy człowiek ma swoją przystań
wśród gruzów
ulicy płaczu, dzielnicy westchnień

Gdy w portowej tawernie
pijane słychać śpiewy
na drodze stoi wędrowiec
człowiek nocy
król bzdur

Byłem cholernie zmęczony. Powoli dobiegała siedemnasta, a ja siedząc wygodnie na firmowym fotelu słuchałem Beatlesów. Lennon śpiewał „I’m so tired”. Pisząc tekst piosenki John był pewnie w takim samym stanie.
Z muzykalno-lirycznego nastroju wyrwał mnie mechaniczny głos komputera: drukowanie zakończone. Odwróciłem się, wyjąłem z paszczy Canona dokument. Sprawdziłem czy wszystko się zgadza, przystawiłem pieczątkę i podpisałem. Praca zakończona. Czas do domu. Tylko po co?
Wstałem. Ziewnąłem tak głośno, że chyba słyszeli mnie w Dziale Analiz, w portierni, a w Pakistanie zatrzęsła się ziemia. W pokoju było bardzo jasno. Wybitnie nowocześnie: świetlówki, monitory, srebrna kula otrzymana na walentynki od dowcipnych koleżanek z księgowości. Głupie baby. Odsłoniłem żaluzje i spojrzałem za okno. Ulica widziana z IX piętra wieżowca wyglądała niesamowicie śmiesznie. Ludzie-mróweczki taszczyli dziwne rzeczy do swoich gniazdek. Facet (bo któż by miał tyle siły) dźwigał realnie ogromną choinkę przeze mnie widzianą jako małą igiełkę. Mijał kobietę (chyba kobietę, bo komu chciałoby się czekać na zmianę świateł) stojącą z dwoma ziarenkami w mikroskopijnych (widocznych moim przypuszczeniem) dłoniach. Patrząc na to, czegoś mi brakowało. Jakiegoś elementu całości potocznie nazywanej przez ludzi życiem.

Po całym dniu poszukiwań
złamanej monety
na stopach krwawią odciski
zmęczone

Facetowi z choinką być może brakowało syna. Mogliby razem dźwigać bożonarodzeniową ozdobę, po drodze wypić piwo, pokłócić się, potem pogodzić, a na koniec usiąść przed telewizorem i komentować urodę kiczowatej sex bomby. Kobieta z ziarenkami (zakupami) mogła odczuwać brak kogoś, kto wysłuchałby ile czasu poświęciła na znalezienie odpowiednio tłustego karpia, cienkiej kiełbasy i grubych rajstop. Na ulicy, w samochodach, w chodnikowym pędzie było jeszcze dużo więcej osób. Im też chyba czegoś brakowało. Niektórym radości, innym nadziei, a większości rozsądku.
W ogólnym niedostatku rzeczy miałem wszystko. Mieszkanie, samochód, pracę, koleżanki z księgowości. Brakowało mi kogoś. Nie wyimaginowanego „kogoś”, lecz osoby, która zwykle około siedemnastej stała przy moim aucie i liczyła w ilu oknach Buisness Center włączone jest światło albo starała się zapamiętać jak najwięcej twarzy osób wchodzących do budynku. Od kilku miesięcy był to brakujący element mojego życia. Lennon nieobecnym głosem rozpoczął „A day in the life”.
Przychodziła na parking wieczorem. Czekała aż skończę pracę. Jeśli zostawałem w biurze po godzinach ona siadała na ławce i wymyślała nowe teksty do znanych piosenek. Była to, szczerze mówiąc, banalna twórczość, jednak przesycona taką dziecinną naiwnością, która bardzo mnie wzruszała. Gdy szedłem po schodach cały czas obserwowałem ją. Najbardziej nierealny widok na ulicy. Wszyscy gdzieś szli, ktoś rozmawiał przez komórkę, a ona...płakała, bo jakiś skurwiel rozdeptał ślimaka. Litowała się nad ślimakiem! Nie uwierzyłbym w to, gdybym sam nie widział.
Razem wracaliśmy do mojego mieszkania. Przez drogę opowiadała mi o wszystkich swoich przygodach mijającego dnia. W większości to były porażki, małe nieszczęścia. Dla niej – prywatne katastrofy. Nie musiałem jej pocieszać i tak byłoby to beznadziejnym zajęciem. Wystarczało, że wraz z nią przeklinałem wspomnienie starca potrącającego na klatce schodowej kobiety i młodzieńca, który wulgarnie określił jej typ urody. Wiedziałem, że nikt inny tych tajemnic nie słucha. Wiedziałem też, że gdy nagle, zupełnie przypadkowo, upadnie najzwyklejszy przedmiot ona przytuli się do mnie i płacząc w moich ramionach znajdzie chwilowe ukojenie. Zwykłe przedmioty nie były zwykłymi przedmiotami. Każdy z nich miał swoją mitologię, symbolikę i jeśli chciał upaść to tylko dlatego, żeby oznajmić jakąś przepowiednię.

a gdy nadejdzie czas
kiedy oczy będą chciały płakać
i usta przestaną się śmiać
nie czekaj na zbawienie
na cud, który uratuje
pamiętaj, że masz mnie
moje imię to życie dla Ciebie

Po kolacji wychodziłem do Klubu Literatów na wieczorną herbatę. Prawie pewne było, że gdy wrócę będzie leżała już w łóżku. Pachnąca, z podciągniętymi niemal pod samą brodę kolanami. Bezbronna jak dziecko. Siadałem obok niej i głaskałem jej kasztanowe włosy. Wtedy na chwilę otwierała oczy i szukając na mojej twarzy wyrazu zrozumienia pytała się:
– Obudzisz, gdy minie ten ból?
Szeptem odpowiadałem, że jestem przy niej i dopóki będzie bolało to nie odejdę nawet na minutę. W nocy, gdy budziła mnie płaczem przytulałem ją mocniej, a ona odwdzięczała się za tą opiekę pocałunkiem. Tych ust naprawdę nie można zapomnieć.
Dziwny związek, którego początek, co chyba już oczywiste, był równie nietypowy. Spacerowałem kiedyś po nadwiślańskim bulwarze. Było to na początku kwietnia. Pachnącą świeżość przyrody niszczył smród płynącej rzeki. Jeden z pierwszych w nowym roku naprawdę ciepłych, słonecznych dni. Zmęczony podziwianiem połączenia budzącej się przyrody z ekologiczną katastrofą usiadłem na betonowym stopniu niedaleko Mostu Poniatowskiego. Rozejrzałem się. Wzrokiem szukałem czegoś, co mógłbym w skupieniu poobserwować. Znalazłem kogoś.
Na chodniku, tuż nad Wisłą, mniej więcej trzydziestoletnia kobieta grała samotnie w klasy. W dziecięcą grę. To nie było jeszcze najdziwniejsze. Bardziej zwracało uwagę to, że przy tym śmiała się, głośno mówiła i wyraźnie gestykulowała, jakby była w grupie dziewczyn z podstawówki urządzających sobie małe, damskie popołudnie. Zauważyła, że patrzę na nią. Pokazała język, a wtedy to ja nie mogłem powstrzymać śmiechu. Od tej pory zaczęliśmy zachowywać się jak w przedszkolnym ogródku. Ona urządziła mały spektakl, kolejno udając osobę potykającą się, wytworną damę i zrzędliwą staruszkę, a ja każdy z występów nagradzałem oklaskami i gwizdami. Spacerowicze patrzyli, nie uważałem tego za dziwne, z pewnym przerażeniem zamaskowanym zaniepokojonymi i nieco pobłażliwymi uśmiechami. Nie potrafię teraz określić długości trwania tej zabawy. Wtedy czas stracił znaczenie, życie zwolniło, stało się nierealne. W pewnym momencie, z nietypową dla ludzi dorosłych bezpośredniością, podeszła do mnie. Spytała się czy mam papierosa. Miałem ostatniego, więc wypaliliśmy go przekazując sobie po jednym zaciągnięciu. Nie znaliśmy jeszcze swoich imion, a rozmowa całkowicie nas wchłonęła. Zaczęło się od rozprawy o śmierdzącej Wiśle i o złych ludziach polujących na ptaki w rezerwatach przyrody. Poruszyliśmy też temat polityki, a dokładnie oceniliśmy dokonania prezydenta, którego bez zbędnych ceregieli nazwała chujem. Gdzieś po siódmym wrzuceniu kamienia do wody nagle rozpoczęła opowieść o swoim dzieciństwie. O zbieraniu kasztanów i o śledzeniu jej przez faceta nieustannie trzymającego ręce w kieszeniach. Gdy zrobiło się chłodniej wstaliśmy i poszliśmy w kierunku mojego mieszkania. Nie spytała się czy może iść ze mną, po prostu nie chciała się pożegnać. Przygotowałem dla niej kolację z tego, co jeszcze pozostało mi w lodówce. Wypiła herbatę, obejrzała w telewizji film o Alasce. Tamtej nocy nie kochaliśmy się. Położyła się obok mnie i zasnęła. Długo wpatrywałem się w tą smukłą sylwetkę i nic nie rozumiejąc cieszyłem się jej obecnością. Któregoś z następnych dni rozmawialiśmy prawie do samego rana. Spytałem się o to, co skłoniło ją żeby podeszła do mnie, wtedy na bulwarze. Powiedziała, że kilkanaście minut wcześniej siedziała w tym samym miejscu, karmiła ptaki i wsłuchiwała się w odgłos przejeżdżającego gdzieś daleko tramwaju. Dla niej był to znak.
Wiedziałem, że wszystko kiedyś się kończy. Myślałem jednak, że będę w nieskończoność budził ją, gdy będzie mijał ból. Codziennie czekała na mnie, aż wyjdę z pracy. Przestała czekać pewnego październikowego dnia. Przez całe popołudnie padał deszcz, w Iraku zabito kilkunastu Amerykanów, a ja nie znając języka znaków nic nie przewidziałem. Gdy wyszedłem na parking obok mojego auta nikogo nie było. Nie było jej. Stałem jeszcze przez prawie dwie godziny i czekałem. Paliłem papierosy. Deszcz padał upiornie. Nie wiedziałem co się stało, ale miałem nadzieję, że to jest wytłumaczalne na przykład wyjazdem na protest przeciwko budowie elektrowni atomowej. Podczas następnych dni sytuacja powtarzała się. Jej nadal nie było. Dopiero wtedy uświadomiłem sobie, że nie mam z nią żadnego innego kontaktu oprócz osobistego. Nie miała telefonu, nie znałem rodziny, nie wiedziałem u kogo mogłaby zatrzymać się. Zacząłem dzwonić po szpitalach, szczególną uwagę poświęcając zapytaniom o ewidencję zgonów. Byłem w schronisku dla bezdomnych na Marywilskiej, w ośrodkach dla narkomanów, na Dworcu Centralnym, a nawet dowiadywałem się w PCK, Caritasie i na policji. Odeszła. Zaakceptowałem to po kilku tygodniach bezskutecznych poszukiwań. Jednak wychodząc z pracy miałem nadzieję, że czeka na mnie. Byłem w błędzie.
Chodziłem po bulwarze tam, gdzie zobaczyłem ją po raz pierwszy. Odwiedzałem miejsca, w których razem byliśmy i wiedziałem, że nie chodząc tam nie mogłaby żyć. Na próżno. Pewnego dnia po kolacji poszedłem do Klubu Literatów. Wypiłem kilka drinków. W klubie występował zespół jazzowy. Zasłuchany smutno w swingującą melodię siedziałem przy stoliku w rogu sali purpurowej. Około dwudziestej trzeciej miałem już wychodzić, kelnerka przyniosła rachunek. Wtedy zobaczyłem, że w odległości dwóch stolików w stronę wyjścia siedzi ucieleśnienie mojej tęsknoty. Ona, a jednak bardzo zmieniona. Drogi granatowy kostium i niezwykle bujne włosy pedantycznie uczesane i upięte. Byłem zdziwiony swoją reakcją, ogarnął mnie całkowity spokój. Wstałem, przeszedłem kilka metrów w stronę jej stolika, a czas znowu zatrzymał się. Nie pytając o zgodę usiadłem na pustym krześle obok niej. Przeglądała kartki, chyba dokumenty. Zauważyła mnie, spojrzała w moją twarz, a jej oczy, tak mi się przynajmniej wydawało, stały się bardziej wilgotne. Nie przywitaliśmy się. Byliśmy jak para nieznajomych czekających na zapoznanie. Nie wiedziałem co powiedzieć, więc tylko spytałem się:
– Obudzić cię jeszcze kiedyś?
– Już nie boli – odpowiedziała.
Ból minął. Mój nie.


Szczęściem jest rozgrzana lufa pistoletu
tuż po wystrzale
w powietrzu unosi się lekki dym
czuć zapach prochu
z satysfakcją patrzę na trafiony cel
w przedziurawionej tarczy

Chciałbym zostać zraniony pociskiem
stać się sobą-celem
sadystycznie marzę
żeby ktoś oparzył się swoim pistoletem






komentarze [ 0] Chcesz skomentować utwór? Zaloguj lub zarejestruj się


Copyright by miastopisarzy.pl