wiersze   zarejestruj swój dom wiersze
wiersze opowiadania

wiersze, opowiadania, wierszyki

LOGOWANIE:
nie pamiętam hasła
menu podręczne:
Pomóż nam w promocji:

Jeśli podoba Ci się ten serwis, lubisz czytać i pisać wiersze i opowiadania oraz jeśli prowadzisz stronę lub bloga - pomóż nam w promocji! Wystarczy, że zamieścisz poniższy link:

<a href="http://www.miastopisarzy.pl" target="_blank">wiersze </a>

Dziękujemy! Administracja miasta.

wyszukiwarka:
polecamy serwisy:
bez tytułu
Marek wszedł do domu, zatrzymał się w wiatrołapie, ale nie ściągał butów, teczkę dalej trzymał w ręce; stanął jakoś dziwnie, smutno, popatrzył na swoje buty- przed domem tyle śniegu leży, że zdążyły się zmoczyć przez ten kawałek. I są mokre. Popatrzył na kremowe ściany i zobaczył siebie i Martę- jeszcze niedawno malowali te ściany, cali w farbie, strasznie ciężko było, szczególnie sufit... potem się kochali, spontanicznie, pierwszy raz w nowym domu. Kiedy to było?
Dziwnie cicho, nawet telewizor nie gra; spokój, cisza- dziwnie. Marek zdjął buty, położył teczkę na komodzie, buty obok niej, sięgnął po kapcie. Buty- skórzane, nowe, kosztowały 400zł; teczka trochę starsza, z Londynu, Marek lubił ją bardzo- szczególnie jedną kieszeń, wewnętrzną- do niej włożył „Ulissesa” (w oryginale), którego kupił w antykwariacie obok sklepu z galanterią skórzaną, prezent dla Marty...Znów popatrzył się na ścianę- jakieś wgniecenie i pająk chodzi, taki malutki, dobrze, że to nie Australia, bo pewnie byłby jadowity. Co za głupia myśl- zaraz mnie tu nie będzie a myślę o małym pajączku z Australii. Przetarł oczy. Chciał poszukać jeszcze pajęczyny, ale znów zganił się za taką myśl.
Dziwne, że nikt nie zszedł na dół ani nie otworzył drzwi do wiatrołapu. Kasia zawsze przylatywała już ze schodów krzycząc: „Tato, tato, a dzisiaj pani...” to, pani tamto, a dziś cisza. Marek ściągnął wreszcie kurtkę, powiesił w szafie i wyszedł z wiatrołapu. Światło, na górze i na dole było zgaszone; Marta leżała na kanapie- kiedyś tak samo leżała udając, że śpi, nagle wyskoczyła spod koca i rzuciła się na mnie; z łóżka wstaliśmy następnego dnia rano-, w lewej ręce trzymała małą książeczkę, na stole paliło się kilka świec a w kominku dogorywał ogień. Marek zrobił trzy kroki i zatrzymał się na środku pokoju; wstrzymał oddech i nasłuchiwał przez moment- na piętrze było cicho, a tu słychać tylko miarowy oddech Marty, chyba śpi. Usiadł na fotelu naprzeciw niej, zobaczył jej buzię- spokojna, ciepła; lekko uchyliła wargi, jakby chciała coś powiedzieć, ale westchnęła tylko cicho; pewnie znów czytała Ważyka, ten jeden wiersz: „Łódź, w której płynąłem...”. „Przypomina mi moje wakacje na wsi, to takie banalne i wyświechtane, ale to są właśnie czasy, za którymi tęsknię, czas, którego szukam i na razie znajduję tylko tutaj”. Jeśli i teraz go czytała, znaczy, że jest smutna, że czegoś jej brakuje, kocham ją. Przez chwilę Marek nie myślał o niczym, zamknął oczy i wsłuchiwał się w jej oddech, zobaczył jej twarz- śliczna, nadal śliczna. Otworzył oczy, wstał szybko i ruszył na górę, zatrzymał się na półpiętrze, jakieś dziwne ruchy w żołądku, nie wiadomo skąd, już wolniej poszedł do pokoju córki. Zapalił światło- spała, w piżamce w chmurki- zgasił światło. Poszedł po torby, żeby się spakować; dlaczego one obie śpią już? Godz. 23:22, boże, tyle czasu...Otworzył szafę i wrzucił do torby wszystkie: skarpetki, majtki i ciepłe rzeczy, jakie tam były. Torby wrzucił do bagażnika samochodu i znów wszedł do domu. Buty, pająk, kurtka, fotel. Patrzył jak spokojnie śpi jego żona, jej pierś wznosi się i opada, miarowo, powoli. Marta otworzyła oczy, spojrzała na zegarek, na niego- znów taki sam wyraz twarzy, taki jak wczoraj i tydzień temu; żeby tak zamknąć oczy, spać, żeby wszystko się naprawiło i było dobrze, jakie banalne, proste i nic z tego, nie ma już tego. Marek nie był pewien czy się obudziła, więc nadal patrzył na nią, nic nie mówiąc. Może by tak napisać list...List? Kurwa mać, list, jaki list?! Jezu...Marta znów otworzyła oczy i patrzyła na niego, zauważył; popatrzyli sobie w oczy, on ukrył twarz w dłoniach, ona nadal patrzyła. Trwali chwilę w takim bezruchu, jakby słuchali zegara; ona czekała, a on nie mógł zacząć mówić, widział jak pod namiotami kiedyś czytali Ginsberga, pili wódkę, biegali nago po lesie, Jacek wpadł wtedy na drzewo i zemdlał; jak wszyscy razem zabierali się do pisania powieści; jak czytali swoje wiersze; ona przecież też to pamięta, też tam była, czytała, pisała, piła, kochaliśmy się; te oczy, jakie wszyscy mięliśmy oczy, co w nich było- ile siły, magia jakaś. Zegar tyka: raz, dwa, trzy, cztery, pięć, pięć sekund, sześć, siedem, osiem, boże, dziesięć, jedenaście
- Marta...- Przestraszyła się tego głosu, wolałaby żeby było cicho, żeby nic nie mówił
- Wiem...- Miała nadzieję, że nie wie
- Wiesz...? Wiem. Nie mogę już tak
- Ja też- Marta cały czas leżała pod kocem. Bez ruchu, nie mogła, nie chciała się ruszyć; jakby bańka, w której się znajdowali mogła pęknąć od każdego gwałtowniejszego ruchu, pęknąć.
- Wyjeżdżam w góry
- Kiedy wrócisz?- Popatrzył się na nią, nie odpowiedział
- Powiedz Kasi...
- ...Że tatuś pojechał do babci i dziadka
- Tak, do babci i dziadka- Wydało mu się, że Marta zaczyna płakać, chciał się jej przyjrzeć, nie mógł podnieść wzroku- Jadę...
Kiedy zaczął wstawać, wydało mu się, że coś jeszcze powiedziała, ale nie chciał pytać. Co to właściwie za stan; „kocham Cię”- jakie to proste, a nie chce się powiedzieć, nie można, nie wolno? Jaka ona śliczna, cały czas, teraz; nie rusza się, pewnie zamknęła oczy, chce zasnąć „Łódź, w której płynąłem, powraca na jawie (...)/ po tropie obnażonym w pamięci, czy trawie?” Jej ulubiony fragment. Jak to kiedyś było.

komentarze [ 1] Chcesz skomentować utwór? Zaloguj lub zarejestruj się


Copyright by miastopisarzy.pl