wiersze   zarejestruj swój dom wiersze
wiersze opowiadania

wiersze, opowiadania, wierszyki

LOGOWANIE:
nie pamiętam hasła
menu podręczne:
Pomóż nam w promocji:

Jeśli podoba Ci się ten serwis, lubisz czytać i pisać wiersze i opowiadania oraz jeśli prowadzisz stronę lub bloga - pomóż nam w promocji! Wystarczy, że zamieścisz poniższy link:

<a href="http://www.miastopisarzy.pl" target="_blank">wiersze </a>

Dziękujemy! Administracja miasta.

wyszukiwarka:
polecamy serwisy:
Spotkanie po latach I
Była wtedy złota jesień. Jeszcze dość ostre słońce kąsało wszystkich, którzy się napatoczyli pod jego promienie. W to ciepłe i przyjemne popołudnie wrocławski rynek przemierzało wielu ludzi. Począwszy od samych wrocławian, skończywszy na obcokrajowcach. Wrocław był pięknym miastem, a co najważniejsze – posiadał swoisty, przyjacielski klimat, który zachęcał innych do odwiedzin.

Ulicą Świdnicką mknęła niewysoka kobieta, w czarnym płaszczu. Miała jasne, kręcone włosy, które sięgały jej do łopatek (chociaż jakby je rozprostować delikatnie muskałyby ją po pasku od płaszcza, były tak długie). Spoglądała swoimi niebieskimi oczyma na Wrocław, jej rodzinne miasto. Zawsze je podziwiała, kochała błąkać się po tych pięknych, kolorowych uliczkach. Uwielbiała niewielkie kawiarenki, gdzie serwowali najlepszą na świecie kawę lub herbatę. W głowie Wiktorii tkwiło wiele wspomnień związanych z Wrocławiem. A najsmutniejsze z nich to chyba samo opuszczenie tego miasta, na długi okres czasu.

Wiktoria część swojego życia spędziła z dala od Wrocławia. Przez sześć lat swojego życia mieszkała i studiowała w Gdańsku. Sama nie wiedziała dlaczego się wyprowadziła. Może było to spowodowane natłokiem przykrych wspomnień? Przez równe sześć lat nie odwiedzała Wrocławia. Chciała zapomnieć o wszystkim co ją tam spotkało. Stwierdziła, że "kuracja zapomnieniowa" będzie najrozsądniejszym rozwiązaniem. Udało jej się. Dostała się na Uniwersytet Gdański, na polonistykę.

Kiedy skończyła studia postanowiła pójść do pracy. Chociaż na krótki okres czasu. Zatrudniono ją w jednym z lepszych liceów ogólnokształcących, gdzie musiała uczyć hałastrę rozpieszczonych nastolatków języka polskiego. Nie to, żeby wyżej wspomniana hałastra nie przejawiała chęci do nauki. Było wręcz przeciwnie. Każdy z nich, na kolejną lekcję, uczył się niesamowicie długo i systematycznie. Po jakimś czasie Wiktoria zorientowała się, że to wszystko powoli ją wykańcza. Że w gruncie rzeczy to ma dość Gdańska, dość uczniów. Doszła do wniosku, że pora wrócić do domu i tam rozpocząć swoje nowe życie, z czystą kartoteką. "Kuracja zapomnieniowa" dobiegła końca. Pełen sukces, niemalże stuprocentowy.

Pierwszego września Wiktoria stanęła na gdańskim dworcu. W samo południe przyjechał pociąg, który zabrał ją wprost do Wrocławia. W Gdańsku zostawiła wszystko. Byłego mężczyznę, pracę i wspomnienia.

- Chyba sobie żartujesz... Po tych wszystkich latach chcesz mnie po prostu zostawić i wyjechać z powrotem do Wrocławia? – Krzyczał dość dobrze zbudowany mężczyzna o dużych, niebieskich oczach i ciemnych włosach. Był naprawdę przystojny i inteligentny, ale dla Wiktorii to było za mało.

- Wybacz... Już mam dość tego życia. Muszę wrócić do domu i rozpocząć wszystko od nowa... – Powiedziała Wiktoria spoglądając na mężczyznę obojętnym wzrokiem.

- Wiki... Ale tam nie znajdziesz sobie pracy! To co czynisz jest nierozsądne. Nie wyjeżdżaj! – Powiedział mężczyzna a do jego oczu napłynęły łzy.

- Marku, daj spokój, ja już podjęłam decyzję. Sama najlepiej wiem co dla mnie najlepsze. – Tutaj wzięła głęboki oddech a na jej twarzy wymalowała się radość i ukojenie. – I uważam, że jest tym Wrocław i nowe życie.

Mężczyzna podszedł do Wiktorii, objął ją najczulej jak potrafił.

- Jesteś dorosła, wiesz co robisz… Pamiętaj, że jestem z tobą. Liczę, że kiedyś się odezwiesz. Kocham cię... – Wyszeptał jej do ucha. Jasnowłosa ścisnęła go jeszcze bardziej.

- Dowidzenia – odparła tylko i uwolniła się od barczystego uścisku. Chwyciła swoje walizki i wsiadła do pociągu.



Wracając do przechadzki ulicą Świdnicką... Wiktoria postanowiła, w tak piękny, październikowy i słoneczny dzień przejść się wzdłuż uliczek, prosto do Galerii Dominikańskiej. Dawno tam nie była i doszła do wniosku, że po sześciu latach zapewne coś się zmieniło. Szła tak, delikatnie stukając obcasami.

Gdy wreszcie dotarła do, wyżej wspomnianej, Galerii ujrzała dokładnie ten sam budynek co sześć lat temu. Spojrzała na niego. Jej duszę zaczęły nachodzić wspomnienia. Wiedziała ile się działo w tych okolicach. Nie miała jednak zamiaru wracać pamięcią do tamtych dni. Bądź co bądź zaczynała nowe życie.

Zamaszystym ruchem otworzyła drzwi Galerii i szybkim krokiem weszła do środka. Tutaj ujrzała nieznaczne zmiany. Niektóre sklepy zmieniły swoje lokum tudzież nazwę. Do tego wystrój, który i tak każdego dnia był inny. Dzisiaj nie chciała robić zakupów. Nie miała na to siły, ochoty i rzecz jasna – funduszy. Kiedy omiotła spojrzeniem każdy sklep postanowiła opuścić Galerię Dominikańską i odwiedzić Wyspę Słodową. Weszła na ruchome schody i zjechała nimi powoli na dół. Nie patrząc pod nogi, stawiając szybkie kroki szła w stronę wyjścia. Otworzyła wahadłowe drzwi... Nie zauważyła nawet, że idzie ktoś przed nią. Owy ktoś też chyba jej nie dostrzegł gdyż obydwoje, z impetem zderzyli się. Wiktoria spojrzała na człowieka, który okazał się młodym, wysokim, szczupłym mężczyzną o ciemnych włosach i brązowo-zielonych oczach.

- Przepraszam... – Bąknęła jasnowłosa i nie zwracając na nic uwagi pomknęła dalej.

Mężczyzna zatrzymał się na moment i swój wzrok utkwił przez chwilę na sylwetce oddalającej się Wiktorii. Nie, to niemożliwe, pomyślał i podbiegł do jasnowłosej.

- Przepraszam! – Krzyknął za nią.

Dziewczyna odwróciła się na moment. Czego może chcieć ode mnie ten facet? – Pomyślała.

- Nasz malutki wypadek zostawił pewne brzemię... Zgubiła pani ten... – Nie dokończył bo gdy ujrzał twarz Wiktorii oniemiał. Jasnowłosa nie do końca wiedziała o co mu chodzi.

- Ten... Wiktoria?!?! – Spytał nagle otwierając szerzej oczy.

- Tak... – Odparła jasnowłosa i nagle zorientowała się kim jest człowiek, który stoi tuż przed nią, dzierżąc w dłoni zagubiony przedmiot, który okazał się malutkim etui na klucze.

- Maks... – Powiedziała patrząc z niedowierzaniem na mężczyznę. Ileż to on zmienił w jej ówczesnym życiu. To o nim musiała właśnie zapomnieć. I udało jej się.

- Wróciłaś już na dobre? – Spytał Maksymilian.

- Tak... – Odparła. – Miałam dość tego całego Gdańska. – Dodała nie patrząc mu w oczy.

- Tak dawno się nie widzieliśmy... Tęskniłaś? – Spytał podając Wiktorii etui na klucze. Tamta, wciąż nie patrząc mu w twarz, chowała zgubę do torebki.

- A jak sądzisz?

- No nie wiem... Dlatego pytam.

- Tęskniłam. Tęskniłam za wszystkim co tutaj zostawiłam.

Maksymilian opuścił wzrok na ziemię. Wiedział, że Wiktoria wyjechała do Gdańska między innymi z jego powodu. Nie, nie byli w sobie zakochani – wbrew pozorom. Nie była to sprawa nieszczęśliwej miłości – nic z tych rzeczy.

- Miałabyś coś przeciwko jakbym zaprosił cię na kawę? – Powiedział Maksymilian uśmiechając się szczerze. Wiktoria pierwszy raz spojrzała mu w oczy.

- Nie miałabym. – Odpowiedziała obdarowując mężczyznę błogim i spokojnym uśmiechem.

- Wobec tego chodźmy. Co polecasz? – Spytał mężczyzna dotykając niewinnie pleców Wiktorii.

- Wiesz, nie było mnie w tym mieście przez sześć lat... Można powiedzieć, że nie pamiętam nawet, gdzie mogłaby znajdować się jakaś przyzwoita kawiarenka, gdzie serwowaliby wyśmienitą i tanią kawę. – Tutaj wzięła nieznaczny oddech. – Wobec tego ty zapraszasz, ty decydujesz. W tym momencie jestem tutaj tylko turystką. – Skończyła Wiktoria i uśmiechnęła się do swojego towarzysza obdarowując go przy tym intrygującym spojrzeniem.

- Ach... Turystka. No dobrze, wobec tego wybierzemy się do nowo otwartej kawiarni, obok "Verniciusa"... – Maks spojrzał wprost w niebieskie oczy Wiktorii. – Pamiętasz ten pub? – Zapytał uśmiechając się tajemniczo.

Tak, oczywiście, że pamiętała to miejsce. W latach licealnych, w "Verniciusie" przebywała bardzo często. Można powiedzieć, że nawet za często, oczywiście wraz z Maksymilianem.

- Jasne, że pamiętam – odparła spoglądając przed siebie. Zamyśliła się.

Do jej głowy powracało milion wspomnień z tych pamiętnych lat, których próbowała pozbyć się w trakcie ostatnich chwil. Jej serce, krajało się na myśl o tych dniach, o tych momentach (jednych z najszczęśliwszych w jej dotychczasowum życiu), po policzku spływała niezliczona ilość łez. Teraz zaś, przypływ jej emocji był nieco inny. Jego siła nie stanowiła ogromnego problemu jak niegdyś.

Obydwoje szli w milczeniu. I on, i ona zapewne zastanawiali się nad tymi wspomnieniami, o których nie sposób zapomnieć. Mknęli wzdłuż chodników. Co chwilę mijały ich pędzące samochody. To było centrum miasta... Miasta tętniącego życiem w każdej sekundzie jego egzystencji. Maksymilian namiętnie wsłuchiwał się w stukot obcasów swojej towarzyszki. Zmieniła się, myślał, i to bardzo.

- Jesteśmy – powiedział nagle Maks.

Dziewczyna spojrzała na szyld kawiarenki.

- "Kawiarnia pod srebrzystym krukiem" – Przeczytała na głos. – Ładną nawę wymyślili. – Dodała.

Maksymilian przytaknął głową i uśmiechnął się, jakby od niechcenia. Mężczyzna zamaszystym ruchem otworzył drzwi. Do ich uszu dobiegł brzdęk dzwonka, który wydaje z siebie dźwięk za każdym razem, gdy ktoś postanowi wejść do środka. Całe pomieszczenie było udekorowane w odcieniach zieleni i brązu. Kawiarenka posiadała dwa piętra. Na pierwszym było kilka drewnianych stolików oraz niewielki barek, przy którym można było składać zamówienia. Na każdym ze stolików leżało niewielkie menu, popielniczka i dzbanek z wysuszoną różą. Na ścianach wisiały różnego rodzaju zdjęcia. Począwszy od fotografii, które przedstawiały martwą naturę, skończywszy na bardzo oryginalnych i wymyślnych dziełach sztuki.

Wiktoria z podziwem spoglądała na każde z nich.

- Chodźmy na górę. – Rzekł Maksymilian i delikatnie pchnął Wiktorię w kierunku drewnianych, kręconych schodów. Po kilku sekundach byli już na piętrze. Wystrój był w dokładnie tej samej konwencji co na dole, tyle, że pomieszczenie było znacznie mniejsze i zawierało mniej stolików.

- Gdzie siadamy? – Spytała Wiktoria delikatnie uśmiechając się do swojego kompana.

- Mi to obojętne... – Odparł Maks wzruszając ramionami.

- Skoro tak, to tutaj. – Powiedziała Wiktoria i skierowała się do stolika tuż przy oknie z fikuśną, czerwoną firaneczką i drewnianymi żaluzjami.

Maks i Wiktoria usadowili się wygodnie na krzesłach obitych zielonkawym jedwabiem.

- Bardzo ładnie tutaj – powiedziała Wiktoria trąc swoje dłonie. Jedna o drugą. Maksymilian chwycił menu, które w całej okazałości zachęcało do obejrzenia.

- Polecam Maxwell House, z dwiema łyżeczkami cukru i pianką. – Po tych słowach na twarzy Maksa wymalował się uśmiech.

- Wybacz, wolę Tchibo z jedną łyżeczką cukru i odrobiną mleka...

- Ach, zapomniałem, że ty wolisz gorzką!

- Oczywiście, że tak. Kawa kawą jest, kiedy zawiera jak najmniej dodatków.

- Czyżby?

- Oczywiście, że tak.

- Bo widzisz. Ty pijesz kawę tylko po to, żeby pić. Nie potrafisz się nią delektować!

- Potrafię... Po prostu wolę gorzką.

- Na pewno?

Oboje wybuchli gromkim śmiechem. Wiktoria bardzo często podkreślała, że kawa tym lepsza im bardziej gorzka. Maksymilian miał całkowicie antagonistyczne zdanie na ten temat.

- Amator! – Żachnął Maks i machnął ręką w kierunku Wiktorii.


Obydwoje siedzieli w ciszy popijając gorącą kawę. Patrzyli sobie w oczy i zastanawiali się nad przeszłością. Nad bardzo intrygującymi wydarzeniami, które miały miejsce wiele lat temu.

- Zmieniłaś się – powiedział wreszcie.

- Doprawdy? – Odparła Wiktoria spoglądając na Maksa wzrokiem pełnym udawanego zdziwienia. – A co się we mnie zmieniło, mój drogi? – Spytała chwytając filiżankę kojącego napoju.

- Wszystko...

- To znaczy co?

- No wygląd, charakter. Czuję, że jesteś inną kobietą.

Wiktoria wzięła łyk kawy.

- Ależ to oczywiste. Wyjechałam z Wrocławia po to aby się zmienić, aby odegnać poprzednią Wiktorię, przecież wiesz, prawda?

- No tak ale...

- Ale co?

- Ale wiem, że ta poprzednia Wiktoria żyje w tobie. Tyle, że zapadła w śpiączkę, z której kiedyś się obudzi.

- Maks, doskonale wiesz, że nikt z nas by tego nie chciał, prawda? Jestem inną osobą i dobrze mi z tym.

- Dobrze, nie będę się z tobą kłócił. Z gośćmi nie wypada. – Tutaj Maks zaśmiał się głośno i odstawił na spodek filiżankę po kawie.

Jasnowłosa splotła palce obu dłoni i oparła na nich swoją brodę.

- A co u Klaudii? Nadal jesteście razem? – Spytała patrząc na swojego towarzysza. Po tym pytaniu na twarzy Maksymiliana wymalował się jakby cień smutku i żalu.

- Z Klaudią? Już nie, już od dawna... Ona od trzech lat mieszka w Stanach. – Odparł wreszcie i spojrzał na widok, który wyłaniał się zza okna.

- W Stanach mówisz... Dlaczego nie wyjechała z tobą? Byliście jak papużki - nierozłączki, z resztą... – Tutaj wzięła krótki oddech. - ...sam wiesz.

- To długa historia – odparł, nadal z utkwionym wzrokiem w okno.

- Chcę jej wysłuchać.

- Po co?

- Jestem ciekawa co dzieje się z moją przyjaciółką ze szkolnych lat. Nie sądzisz, że to normalne?

- Sama jej spytaj.

- Wierz mi, że zrobiłabym to, gdybym miała jak. Nie rozmawiałam z nią przez ostatnie sześć lat. Nie mam do niej adresu, telefonu, nic... Przeczuwam, że ona chyba nawet o mnie zapomniała. – Powiedziała jednym tchem.

- To nie ma znaczenia. Dowiesz się w swoim czasie. A teraz, bardzo cię proszę, nie naciskaj na mnie. – Rzekł z chłodnym wyrazem twarzy.

- Nie to nie, nie chcę być upierdliwa.

Zapanowała niezręczna cisza. Wiktoria postanowiła się nie odzywać. A przynajmniej nie chciała zrobić tego pierwsza. Czekała na krok Maksa. Jednak tamten siedział w milczeniu bawiąc się pustą filiżanką po kawie. Z kieszeni wyjął paczkę czerwonych Marlboro. Skierował je w stronę Wiktorii.

- Palisz jeszcze? – Spytał.

- Tak, ale tym razem nie skuszę się na cudze.

Po tych słowach Wiktoria wyjęła niebieskiego L&M-a i niezgrabnie zaczęła szukać zapalniczki. Maks, zauważywszy jej delikatną desperację podał jej swoją.

- Dziękuję.

Zapanowała kilkusekundowa cisza. Po tym czasie Maks nie wytrzymał, na jego twarzy pojawiła się prawdziwa rozpacz.

- Przepraszam, że tak zareagowałem. Po prostu nie chciałam wracać do tamtych dni. Wybacz.

Wiktoria zmarszczyła brwi.

- Czy to było aż tak bolesne przeżycie?

- Można tak to ująć.

- Już się nie wywiniesz. Opowiadaj, mój drogi, opowiadaj dopóki mam czas.

Maks westchnął głęboko.

- To działo się jakieś trzy lata temu. Byłem wtedy wschodzącą gwiazdeczką wrocławskiego rocka. Mieliśmy dla siebie mało czasu. Wiesz, ciągłe próby, ciągłe koncerty, nagrania i takie tam...

Wiktoria osłupiała.

- Słucham? Stanęliście wreszcie na prawdziwej scenie? – Zapytała Wiktoria, która niewątpliwie była pełna podziwu.

- Oczywiście. Graliśmy nawet w katowickim Spodku. Pamiętam, że nawet zaprosili nas na Festiwal w Sopocie.

- Chyba żartujesz... Dlaczego ja o was nigdy nie słyszałam w mediach?

- Może dlatego, że zmieniliśmy nazwę i kilku członków. A do tego nasz wokal to już nie solistka a zgrany duet.

- Trevor... – Wyszeptała Wiktoria.

- Tak właśnie. – Odparł Maks spoglądając z figlarnym uśmieszkiem na twarzy w kierunku Wiktorii. – No ale wracając do tej cholernej historii... - Tutaj Maks wziął głęboki oddech. – Byłem, więc wschodzącą gwiazdeczką wrocławskiego rocka, częste próby, koncerty. Wiesz, zapach sławy i pieniędzy. Klaudia czasami jeździła z nami w różne trasy koncertowe. Wszyscy członkowie zespołu darzyli ją wyjątkową sympatią. Nie przeszkadzało mi to... Była tylko jedna osoba, która nie akceptowała Klaudii.

- Kto?

- Wokalista – Maciek. Często mi powtarzał, żebym nie zabierał Klaudii w trasy koncertowe, gdyż tylko nam przeszkadza i nie wnosi niczego pozytywnego do naszego zespołu, lecz wręcz przeciwnie, tylko wszystkich rozprasza. Jak można się spodziewać, reszta członków miała całkiem odmienne zdanie na ten temat. Za każdym razem, kiedy Maciek krytykował Klaudię ktoś obalał jego błędne tezy. Wiesz, na przykład Krzysiek krzyczał, że ona zawsze rozładowuje napięcie przed koncertem, że zawsze jest uśmiechnięta... Sama wiesz jaka była Klaudia.

- Tak wiem.

- Pewnego razu, kilka dni przed bardzo ważnym koncertem w Katowicach, podczas próby zadzwonił do Piotrka Maciek. Powiedział, że jest poważnie chory i nie może wystąpić na tym koncercie. Stwierdził, że Marysia – nasza wokalistka – da radę sama zaśpiewać. Zespół doszedł do wniosku, że nic nie poradzimy, że Maćka nie da się wyleczyć w kilka dni. Był naprawdę poważnie chory. Stwierdziliśmy, że lepiej będzie dać mu spokój przez najbliższy miesiąc. Najważniejsze było jego zdrowie. Minął miesiąc. Któregoś dnia wybrałem się do niego do domu, w odwiedziny...

- Ale co to ma wspólnego z Klaudią?

- Poczekaj, zaraz się przekonasz... Wybrałem się do niego aby spytać o stan zdrowia. Zapukałem do drzwi i otworzyła mi jego matka. Zapytałem czy zastałem Maćka. Kobieta dziwnie zmarszczyła brwi i powiedziała, że przecież kilka dni temu wyjechał do USA. Kobieta spojrzała na mnie ze zdziwieniem. Podziękowałem i wyszedłem nieźle wkurwiony z jego bramy. Od razu zadzwoniłem do Krzyśka i podzieliłem się z nim tą nowiną. Wkurwił się chyba jeszcze bardziej niż ja.
Na następnej próbie zagadałem do Marysi. Z nas wszystkich, ona była najbliżej Maćka. Spytałem jej: "Wiedziałaś, że Maciek ma zamiar wywinąć nam taki chujowy żart?". Dziewczyna spojrzała na mnie z żalem: "Tak... Ale obiecałam mu, że nie pisnę ani słówka". Głupia szmata, pomyślałem sobie. Marysia ze łzami w oczach dodała: "Przepraszam, że wam nic nie powiedziałam a szczególnie tobie...". Spojrzałem na nią jakoś dziwnie poczym zapytałem: "A dlaczego szczególnie mnie?". "Bo on pojechał razem z twoją dziewczyną". Pamiętam, że wybiegłem stamtąd. Jak ona mogła mi to zrobić? To wszystko było tak cholernie ukartowane przez tego gnojka! Ale Klaudia też dała czadu. Oni tak skrzętnie ukrywali swój, że tak się wyrażę, romans! Ja nie wiem... To było straszne. Kiedy wspominam ten moment, kiedy Marysia powiedziała mi, że ten gnojek wyjechał z moją kobietą do Stanów to coś się we mnie przewraca. Klaudia kilka razy dzwoniła do mnie z USA ale ja nie miałem ochoty z nią rozmawiać. Dla mnie wszystko było jasne.



Wiktoria w milczeniu przyglądała się Maksowi.

- Stwierdzam, że to po prostu twoje męskie ego zostało urażone i tyle. Nie ma w tej historii niczego bolesnego. – Odparła Wiktoria obojętnym tonem. – Po prostu dziewczyna miała cię dość, a że się przyzwyczaiła do ciebie i w jakiś sposób cię szanowała postanowiła nie przysparzać ci problemów i po prostu wyjechała z tym – jak mu tam? – Maćkiem.

Maks spojrzał na dziewczynę wzrokiem pełnym odrazy.

- No wiesz? Jak możesz myśleć w taki sposób?

- Normalnie. Ciebie najbardziej bolało to, że ona wolała kogoś innego niż ty. Stwierdziła, że jest w czymś lepszy. Po prostu.

- W czym na przykład? – Maksa zaczęła powoli irytować ta konwersacja.

- Nie wiem. Może był lepszy w łóżku? Wiesz... Każdy powód jest dobry, żeby zakończyć kilkuletni związek, nie sądzisz? – Odparła ironicznym głosem.

- Nie sądzę.

- Widzisz, Maks, musisz zrozumieć, że nic nie trwa wiecznie. Czy to nie brzmi znajomo? Twój związek z Klaudią najwyraźniej nie miał przyszłości. Dziewczyna znalazła ją w kimś innym. Ty musisz zrobić to samo. Poszukać jej u innej kobiety. – Wiktoria uciszyła się na moment. – No, chyba, że już znalazłeś. Ale nie wydaje mi się skoro to wspomnienie budzi w tobie takie emocje nawet po trzech latach.

- Masz rację. Nie mam nikogo. – Powiedział spoglądając obojętnie w okno. W głębi duszy czuł irytację. W końcu otworzył się przed Wiktorią, opowiedział jej historię, której praktycznie nikt oprócz Maksa i świadków nie znał, a ona po prostu zakpiła sobie z niego.

- Ach, czujemy smak samotności, prawda? – Dodała Wiktoria z ironicznym uśmieszkiem spoglądając mu prosto w oczy.

- Tya... - Odparł Maks i zgasił papierosa w ciemnej popielniczce.

- Przepraszam jeżeli w jakiś sposób uraziły cię moje słowa. Doskonale zdaję sobie sprawę, że Klaudia postąpiła wobec ciebie bardzo nieuczciwie ale sam doskonale wiesz, że moja przyjaciółka nie była osobą, która w życiu zrobiłaby coś głupiego i bezmyślnego. Musiała mieć jakiś konkretny powód, żeby opuścić cię w taki sposób. Sam wiesz...

Maks wziął głęboki oddech. Nie miał ochoty na dalsze rozmowy na temat Klaudii. Nie lubił wracać do tamtych dni.

- A teraz ty opowiedz co robiłaś przez te sześć lat w Gdańsku. – Temat został gwałtownie zmieniony przez Maksa.

- Nic konkretnego. Studiowałam polonistykę, a potem przez rok uczyłam w liceum hałastrę rozwydrzonych, bezuczuciowych bachorów. Chyba nie jestem urodzoną nauczycielką.

- Przesadzasz... – Żachnął Maks.

- I jak zwykle hiperbolizuję? – Dodała pytająco Wiktoria, choć bardzo dobrze znała odpowiedź.

- Też.

- Mieszkałam sobie razem z mężczyzną, który to każdego dnia utrzymywał mnie w przekonaniu, że to on jest tym jedynym i wybranym.

- Jak się poznaliście?

- Podczas jakiejś wystawy. Marek jest ode mnie trzy lata starszy, bardzo przystojny. Studiował na Akademii Sztuk Pięknych. Utalentowany artysta. Pięknie rzeźbił, malował. W naszej sypialni wisiało mnóstwo naszych wspólnych portretów. Czasami nawet malował nas w różnych dwuznacznych pozycjach. Uwielbiałam oglądać te obrazy. Każde z nich miało swoją lampkę. Czasami wieczorami patrzyliśmy na nie. Muszę przyznać, że było bardzo romantycznie.

- Wciąż jesteście razem?

- Nie.

Maks ze zdziwieniem spojrzał na Wiktorię. Tamta uśmiechając się dopijała kawę.

- Dlaczego? Przecież było wam tak idealnie... On artysta, ty artystka... Cud, miód i orzeszki!

- Widzisz. Marek był naprawdę cudownym facetem. Ale wewnątrz czułam, że to chyba nie to. Stwierdziłam, że był tylko oderwaniem się na te sześć lat od szarej rzeczywistości. Wiedziałam, że moja przyszłość tkwi w rodzinnym mieście, we Wrocławiu.

- Aha... Czyli mówisz, że prowadziłaś spokojne życie w Gdańsku z facetem twoich marzeń ale nagle stwierdziłaś, że to nie ma sensu i wróciłaś? Krótko mówiąc – wróciłaś do koszmaru sprzed lat, tak?

- Tak! – Odpowiedziała Wiktoria i zaśmiała się cichutko.

W oczach Maksa pojawiła się nutka rozbawienia. Wiktoria zauważyła i to. Obdarzyła swojego towarzysza promiennym uśmiechem. Wiedziała, że słusznie postępuje wracając do Wrocławia. Wpadła na tę myśl dopiero teraz, kiedy ujrzała rozbawione spojrzenie przyjaciela sprzed lat. Wolała wrócić do miasta, w którym wpadła w obłęd. Wolała przypomnieć sobie historię, której bieg wydarzeń wywołał w głowie Wiktorii niezły misz – masz. Wiktoria oszalała... Oszalała z nieznanego nikomu dotąd uczucia, które żywiła do Maksa. Było to coś znacznie silniejszego niż miłość, niż przyjaźń. Maksymilian, przed laty, był jej nałogiem, jej narkotykiem. Dni spędzone bez rozmowy z nim stawały się udręką a każde słowo, wypowiedziane z jego ust, było dokładnie sortowane i sprawdzane.
komentarze [ 2] Chcesz skomentować utwór? Zaloguj lub zarejestruj się


Copyright by miastopisarzy.pl