wiersze   zarejestruj swój dom wiersze
wiersze opowiadania

wiersze, opowiadania, wierszyki

LOGOWANIE:
nie pamiętam hasła
menu podręczne:
Pomóż nam w promocji:

Jeśli podoba Ci się ten serwis, lubisz czytać i pisać wiersze i opowiadania oraz jeśli prowadzisz stronę lub bloga - pomóż nam w promocji! Wystarczy, że zamieścisz poniższy link:

<a href="http://www.miastopisarzy.pl" target="_blank">wiersze </a>

Dziękujemy! Administracja miasta.

wyszukiwarka:
polecamy serwisy:
Wyjazd przed małżeński
"Czasem wystarczy jeden człowiek, albo jedna myśl, żeby zmienić swoje życie na zawsze."


Autor nienzany


Jestem przeklęty. Do nie dawna nie wierzyłem w klątwę, aż do pewnego momentu. Boże, co ja narobiłem? Wolałbym smażyć się w piekle niż dokonać takiego czynu. Ale do początku. Dwa tygodnie temu wraz z Weroniką pojechaliśmy do Totenhaus, Weronika była piękną młoda kobietą, a na dodatek bliską mi sercu. Byliśmy zaręczeni, chłopczyk był w drodze, a ślub zaplanowany na dziś. Trudno mi teraz o tym mówić, rany są zbyt świeże, ale spróbuje opowiedzieć, co się wtedy wydarzyło. Wiem, że panowie doktorzy są racjonalistami i mi nie uwierzą do końca, jestem do tego przygotowany. Wiem, że już nigdy nie opuszczę murów tego szpitala. Smutne to, ale prawdziwe. Chcieliśmy wypocząć od huku i wielko miejskiego pośpiechu. Cieszyliśmy się sobą, w końcu zaplanowaliśmy wspólne życie. Byliśmy szczęśliwą parą. Zapomniałbym o naszym malcu, ciekawe jak by wyglądał, oboje pragnęliśmy tego dziecka, już od momentu poczęcia był naszą dumą i radością, upragnionym owocem miłości. Postanowiliśmy wyjechać na trzy tygodnie przed ślubem, by przygotować się do tej ceremonii jak najlepiej. Wybraliśmy małą niemiecką mieścinkę Totenhaus. Wynajęliśmy tam dom. Był śliczny, ciepłe umeblowanie w dość nowoczesnym stylu. Wszystko, co było nam potrzebne do wypoczynku znaleźliśmy w tym domu. Gdy zajechaliśmy miasteczko wydawało nam się normalne. Tylko ludzie jakoś się nie uśmiechali i na ulicach nie było w ogóle dzieci. Stwierdziliśmy z Weroniką, że pewnie siedzą w szkołach. Problem w tym, że jak jechaliśmy przez miasto nie zauważyliśmy żadnej szkoły, ani przedszkola. Nie przejęliśmy się tym, w końcu nie przyjdzie na tu mieszkać. Po rozpakowaniu się w domu, postanowiliśmy przejść się na spacer. Zrobić taki mały rekonesans terenu. Ludzie dziwnie patrzyli na nas. Wpatrywali się swoimi bez namiętnymi oczami, czasami miałem wrażenie, że są martwi. Tylko, że to nie możliwe. Przerażała nas trochę ta atmosfera, ale myśl o ślubie tłumiła wszystko. Jacy byliśmy zaślepieni, gdybym wiedział, co nas czeka… Poczuliśmy się zmęczeni, postanowiliśmy wrócić do domu. Zauważyłem, że nie znaleźliśmy żadnego kościoła w miasteczku, a nie jest one duże. Powinniśmy zauważyć jakąkolwiek wieżę kościelną. Jednak nic z tego. Gdy weszliśmy do domu poczuliśmy straszne zmęczenie. Szybko się wykąpaliśmy i położyliśmy spać. Mieliśmy oboje ten sam dziwny sen. Nagle znaleźliśmy się w jakimś ciemnym korytarzy. Wilgoć i pleśń była wszechobecna. Sądzę, że ten korytarz znajdował się gdzieś pod ziemią, był okropnie ciasny i nie docierało do niego światło. Jednak my mieliśmy pochodnie zapalone. Obraliśmy jeden kierunek i postanowiliśmy iść w nim, by gdziekolwiek dojść. Nagle usłyszeliśmy płacz i wrzaski małych dzieci. Te dźwięki były o tyle dziwne, co przerażające. Te małe istotki błagały o litość, najwyraźniej ktoś się nad nimi pastwił. Coś złego się tam działo. Nagle mury zaczęły się zawalać. Obudziliśmy się z Weroniką w tej samej chwili. Spojrzeliśmy na siebie ze zdziwieniem. Nie musieliśmy sobie opowiadać snów, bo dobrze wiedzieliśmy, co się nam śniło. Nagle Weronikę złapał potężny skurcz w okolicach podbrzusza. Skuliła się, a ja mogłem ją tylko przytulić. Tak też zrobiłem, pomoc duchowa też jest dobra. Gdy przyłożyłem ucho do sześciomiesięcznego płodu, usłyszałem dziwny głos. Jakby nie z tego świata. Powiedział tylko jedno zdanie: „To dziecko należy do mnie”. Po moim trupie, pomyślałem. Wtedy jeszcze nie wiedziałem, z czym zadzieram. Postanowiłem przejść się do biblioteki i wypożyczyć kilka książek o tej mieścince. Może z nich czegoś się dowiem. Rzeczywiście dowiedziałem się całkiem sporo. Przede nazwa miasta niczego dobrze nie wróży. Oznacza w przybliżeniu Martwe Domy. Doszło kiedyś na obrzeżach tego miasta do walki. Francuzi wygrali, bo jakiś mały oddział się zawziął i nie chciał zginąć. Grupka stu kilku osób, atakująca pieszo rozgromiła trzy potężne szarże francuskie. Jeden z malarzy uwiecznił to na obrazie. Utkwiła mi jedna znajoma twarz. Wydawało mi się, że jednego z oficerów znam osobiście. Tylko jak on mógł przeżyć ponad cztery wieki? Tego nie mogłem sobie wytłumaczyć. Gdy Weronika wydobrzała, postanowiliśmy znów pójść na spacer. Weszliśmy do jednego ze sklepów, by kupić coś sobie na obiad. Gdy spojrzałem na sprzedawcę, zrobiło mi się słabo. Ten człowiek wyglądał tak samo jak jeden z żołnierzy na obrazie. Brakowało tylko by był ubrany w ten sam strój. Coś wisiało w powietrzu. Jeszcze nie byłem pewien, co. Czułem niepokój, nad tym miastem wisiała jakaś zła siła. Do sklepu wszedł mężczyzna, spojrzałem odruchowo na jego twarz i zbladłem. To znajomy mi oficer, wcześniejszego dnia musieliśmy się minąć na ulicy. Po dokonaniu zakupów, szybko wróciliśmy do domu. Powiedziałem całą historię Weronice, ale ona stwierdziła, że niepotrzebnie panikuje. Uspokoiłem się, ale postanowiłem czegoś bliżej dowiedzieć się czegoś o tej bitwie. Doszedłem do pewnego mitu. Kiedyś była garstka wojowników, która nie przegrała ani jednej walki. Pewien duchowny podpisał pakt z ówczesnymi bogami i sprawił, że stali się nieśmiertelni. Jedyne, co mogło ich zabić, to srebrne ostrze. Trochę jak u wampirów, przynajmniej tak mi się zdawało. Przecież to nie wykonalne. Żyć kilka tysięcy lat! Zastanawiało mnie, jaką trzeba było mieć determinacje i odwagę, by w sile stu paru osób, rozbić siedemset konnych! To aż nie wiarygodne. Czas do wieczora spędziłem na lekturze, za co była zła Weronika. Wieczorem jednak wynagrodziłem jej to… Gdy zasnęliśmy, znów mieliśmy ten sam sen. Znaleźliśmy się w obślizgłym, ciasnym korytarzu z pochodniami w ręku. Postanowiłem nadać wyższe tępo, by pomóc tym płaczącym malcom. Tym razem też się nie udało, ale przed zawaleniem się tunelu, usłyszeliśmy głos: „Wasze dziecko, należy do mnie: Obudziliśmy się. Spojrzałem na Weronikę, ona zaczęła zwijać się z bólu, a ja dostrzegłem tylko olbrzymią plamę krwi. Zadzwoniłem po karetkę. Medycy zjawili się dość szybko, zabrali ją do szpitala. Pojechałem za karetką. W szpitalu lekarz z uśmiechem na ustach oznajmił mi, że straciliśmy dziecko. Ta wiadomość zwaliła mnie z nóg. Spojrzałem głębiej w oczy doktora i ujrzałem twarz medyka z obrazu. Coś tu nie grało, ja to wiedziałem. Czekając na wybudzenie się Weroniki wertowałem książki o tym mieście. Znalazłem stare mapy, był na niesiony na nie system starych korytarzy. Znalazłem pewne informacje, że pewien rosyjski znachor Petrow, obiecywał ludziom wieczne życie, tylko za jedną rzecz, a raczej osobę, za dziecko. Nie wiadomo, co z nimi robił, ale jedno było pewne tych dzieci nigdy nie odnaleziono, a rodzice, co dziwne nawet ich nie szukali. Spostrzegłem, że Weronika się wybudza. Zapytała, co tu robi, jak powiedziałem jej, że straciliśmy dziecko, zdziwiła mnie swoją odpowiedzią: ”Jakie dziecko?”. Zacząłem jej tłumaczyć, ale ona nic nie wiedziała na ten temat. Jakby dziecka nie było. Tę noc spędziłem przy jej łóżku. Jednak nie całą postanowiłem przejść się do tych korytarzy, które odkryłem na starych mapach. Zaopatrzyłem się w latarkę i wyruszyłem kilka minut po pierwszej w nocy. Bez trudu dotarłem do zarośniętych mchem drzwi, kłódka była tak zardzewiała, że lekkim kopnięciem rozleciała się. Wszedłem do środka. Moim oczom ukazał się korytarz ze snu. Postanowiłem pójść i zbadać całość. Tym razem nie słyszałem, żadnych lamentów, ani błagań. Na murach gdzie nie gdzie znajdowałem wyryte ślady, jakby zrobione paznokciami. Doszedłem do schodów, na końcu drewnianych schodów, były drzwi, których nie udało mi się sforsować. Wróciłem z powrotem do szpitala. Następnego dnia zabrałem Weronikę do domu. Położyłem ją w łóżku i pielęgnowałem ją jak najlepiej potrafię. Nadal była słaba. Ja nie mogłem otrząsnąć się po wypadku. Chodząc po domu znalazłem dziwne drewniane drzwi, zamknięte na klucz. Byłem ciekaw, co tam może się znajdować. Wiedziałem, że tam jest odpowiedź na moje pytania. Wywarzyłem drzwi i znalazłem się w mały starym, dawno nieodwiedzanym holu. A jego końcu były znów drzwi, które już widziałem, a co najciekawsze od drugiej strony. Wiedziałem, że te drzwi prowadzą do korytarza. Ciekawe jest to, że na mapie tego nie było. Czyli, ktoś wykopał go później niż powstała mapa. W holu był mały regał, a na nim wiele starych ksiąg. Wziąłem pierwszą lepsza i trafiłem na dziwną pozycję. Był to rękopis, mówiący jak stać się nieśmiertelnym i dawać ludziom cząstkę swojej mocy. Postanowiłem przeczytać tę pozycję. Po pierwszych rozdziałach wszystko stało się jasne. Petrow był magiem, który przed bitwą pod Totenhaus, dał mieszkańcom wieczne życie z życie ich pociech, które potrzebne mu były do otrzymania eliksiru nieśmiertelności. Jednak jest tu mały haczyk. Petrow żyje, a ludzie z tego miasteczka tylko egzystują, zostali wyprani z uczuć, nie wiedzą co to radość, smutek, są duchowo martwi. Dlatego tak dziwnie na nas patrzyli. Kościół po bitwie dowiedział się o wszystkim i rzucił klątwę na to miasteczko. Stąd brak kościoła. Szkół nie ma, bo niby kto ma w nich uczyć. Oni wykonują swoje prace 24 godziny na dobę, nie potrzebują jedzenia, ani picia, nie wiedzą, co to szczęście, smutek, miłość nienawiść. Są puści. Nie mogą są już płodni, bo wszyscy są martwi. Nikt z nich już nie żyje. Z dziećmi było o wiele gorzej, do wykonania obrzędu Petrow musiał poświęcić setkę z nich, nie starszych niż 8 lat. Nie potrafiłem sobie tego wyobrazić. Jak można zabić setkę dzieci? Ta noc miała odpowiedzieć na moje wszystkie pytania. Zasnąłem dość szybko. Sen był znajomy, tym razem sam znalazłem się w ciasnym wilgotnym, kamiennym korytarzu. Pochodnia dogasała, ale miałem latarkę. Postanowiłem ruszyć, by dowiedzieć się, o co tu chodzi. Znów usłyszałem płacz dzieci. Pobiegłem w tamtym kierunku ile sił w nogach. Nagle zobaczyłem schody prowadzące do domu, w którym się znajdowaliśmy, jednak nie były aż tak zniszczone jak w rzeczywistości. Wrzask małych dzieci był niewiarygodny. Wbiegłem ile sił w nogach do pomieszczenie. Adrenalina buzowała w moich żyłach. Znalazłem się w pokoju, w którym aktualnie spaliśmy. Jednak nie było w nim łóżek. Ściany były pomalowane zupełnie na inny kolor. Wbiegłem na górę, skąd dobiegały krzyki. Gdy znalazłem się u źródła krzyków, zbladłem, mowę mi odebrało, opadłem z sił. Wysoki mężczyzna w płaszczu dokonywał jakiś rytuałów. Najpierw odrąbywał dzieciom palce, potem modlił się w jakimś innym języku. Nie wytrzymałem, ruszyłem na niego uderzyłem go pochodnią, a potem zacząłem dusić. Jak przestałem czuć jego oddech puściłem go. Wraz z nim dzieci też umarły. Wszystkie zaczęły się dosłownie rozsypywać. Nagle się obudziłem. Spojrzałem na Weronikę, a ona była martwa. W mojej głowie śmiał się dziwny głos. Nagle przemówił: „Głupcze, myślałeś, że mnie zabijesz?” Wtedy doszło do mnie, że nie zabiłem Petrowa, ale Weronikę. Przez sen ją zadusiłem…
komentarze [ 1] Chcesz skomentować utwór? Zaloguj lub zarejestruj się


Copyright by miastopisarzy.pl