wiersze   zarejestruj swój dom wiersze
wiersze opowiadania

wiersze, opowiadania, wierszyki

LOGOWANIE:
nie pamiętam hasła
menu podręczne:
Pomóż nam w promocji:

Jeśli podoba Ci się ten serwis, lubisz czytać i pisać wiersze i opowiadania oraz jeśli prowadzisz stronę lub bloga - pomóż nam w promocji! Wystarczy, że zamieścisz poniższy link:

<a href="http://www.miastopisarzy.pl" target="_blank">wiersze </a>

Dziękujemy! Administracja miasta.

wyszukiwarka:
polecamy serwisy:
Obrączka

Obrączka

Ale były Święta! Lecz nie lepiej jest i dzisiaj, chociaż w całym mieście nieprzerwanie pracują ekipy ratunkowe i naprawcze. Pracy dla Komanda Ratowniczego nie brakuje.
Mocno ucierpiał kwartał między zadrzewionymi Alejami Marcinkowskiego a rozległym Placem u stóp Zamkowej Góry. Są śmiertelne ofiary pod wielkimi zwałami gruzów.
Czteropiętrowa kamienica –stos gruzu, stropów i belek- na zachodniej pierzei już częściowo zmieniła groźny wygląd, zmalała, pozbawiona niebezpiecznych, ruchomych, nawisów. Sporo drobniejszego gruzu odrzucono na bok lub wywieziono, ale Komando czekało jeszcze dużo pracy.
Nie wiadomo skąd koło ratowników pojawił się Szupo, niby dzielnicowy, stanowczo informując, że pod gruzami są zabici, których bezwarunkowo należy wydobyć.
Cierpliwie, łopata za łopatą, kawał muru za kawałem, odłam za odłamem –posuwali się do przodu, odrzucając urobek za siebie, na byle wolne miejsce. Policjant kręcił im się cały czas za plecami, zachodził z boków, węsząc, niby ogar, dobry trop. Denerwowało to i złościło, ale nie było rady na intruza. Robili więc swoje, choć atmosfera była nieprzyjemna.
Mimo początku wiosny było ciepło i przyroda budziła się do życia. Pękały pąki drzew na Alejach i Zamkowym Wzgórzu, wróble i miejskie gołębie czyniły przyjemny gwar, a słońce grzało już nieźle. Mundury pod kombinezonami powoli nasiąkały potem, więc rozbierali się, na ile można było. I kopali.
Wolno, lecz stale, wgryzali się w stertę cegieł, tynku, szczątków podsufitowych mat, zgrzytając gwoździami butów w grubej warstwie szkła, zaścielającego otoczenie, Było ślisko, jak na lodzie. Każdy upadek groził pokaleczeniem gołych rąk.
Mały otarł spocone czoło i usunął się, robiąc miejsce Długiemu. Zwyczajem ogrodników wsparty na łopacie, obserwował niestrudzonego policjanta. Ten znikał na pewien czas, to pojawiał się nie wiadomo skąd i –niczym pies do jatki- zaglądał w rosnącą wyrwę z wyraźnym napięciem. Nie wtrącał się nadal do poczynań Komanda, tylko wytrwale pilnował jakiegoś swojego interesu.
Mały oczyszczał teraz zaplecze Długiego, robiąc miejsce na stale podbierany gruz. Czasem monotonny szmer osuwających się drobniejszych odłamków zagłuszał nagły trzask belek, łamanych naciskiem stropów. Odstępowali wtedy na bezpieczną odległość, by ocenić i przeczekać niewyraźną sytuację. Wkrótce znów pracowali, miarowo machając łopatami.
W miarę pogłębiania się wyrobiskowego leja zwalniali tempo, ostrożnie popatrując w górę . Już dosyć daleko weszli w głąb osypiska i odsłaniała się posadzka parteru. Narzędzia z oporem wchodziły w pokruszone cegły, na posiekanej w drzazgi podłodze. Odłamki domowych sprzętów zahaczały się i trzeba było coraz częściej mozolnie ciągnąć różne rupiecie spod usuwanej warstwy. Praca wchodziła w krytyczną fazę.
Ciągle nie odsłaniało się żadne wejście do piwnic zbombardowanego domu. Byli już głęboko wkopani, pod stromą ścianą belek, połamanych stropów, płatów tynku na trzcinowych matach, strzępów odzieży z rozbitych szaf. Żadnego śladu schodów, czy korytarza. Jeżeli zaraz nie dotrą do drogi ku podziemiom, trzeba będzie ostrożnie i mozolnie zbierać od góry, co się da, by spłaszczyć ostro nachylony stok –a potem dalej, ku środkowi posępnej mogiły.
Policjant nie opuszczał teraz zmordowanych ratowników na krok. Zważał na każdy ruch i łakomie wpatrywał się w każda maleńką wyrwę, czynioną przez łopatę lub szpadel. Czegoś najwyraźniej oczekiwał.
Mały z Długim, ramię przy ramieniu, z najwyższą uwagą podbierali gruzy wysłużonymi łopatami: jakże przydałyby się górnicze sercówki! A tak, ciężko wpychali wygięte blachy pod oporną materię, odrzucając za siebie plon swoich zmagań. Nie wiadomo kiedy, za kolejnym atakiem, odsłoniło się coś: jakiś strzęp materiału i fragment obuwia. Kolejne podebranie dało pewność: zasypany człowiek!
Wolno, strasznie wolno, wśród szelestu stale osypującego się drobnego materiału, odkopywali –Mały wraz z Długim- zwłoki sponiewierane gruzem. Wreszcie mogli pewnie chwycić ofiarę za nogi i wyciągnąć na oczyszczoną posadzkę. Była nią starsza kobieta, pokaźnej tuszy. Policjant teraz dosłownie patrzył im na ręce, nie zważając na stałe niebezpieczeństwo obrywu.
Zmarła ubrana była w zwykłą spódnicę, bluzkę w paski, a siwe włosy pętał kok. Obrzękły palec lewej ręki matowo zdobiła złota obrączka.
Złożyli zwłoki do drewnianego koryta, układając ręce wzdłuż ciała. Policjant nachylił się nad denatką i wbił spojrzenie w obrączkę.
- O to mi chodziło – powiedział bez żenady i skinął na Małego, aby zdjął ten symbol wdowieństwa. Obrączka z trudem dała się zsunąć i kiedy Mały podniósł ją ku policjantowi, ten ze zręcznością cyrkowca nadział złoty krążek na cienki patyczek, wrzucając zdobycz do kieszeni.
Zniknął tak nagle, jak się pojawił. Komando zaś dalej podjęło mozolną pracę, zginając i prostując obolałe plecy.



Poznań, maj 1994 r. Aleksander Drewnik
-

.




komentarze [ 0] Chcesz skomentować utwór? Zaloguj lub zarejestruj się


Copyright by miastopisarzy.pl