wiersze   zarejestruj swój dom wiersze
wiersze opowiadania

wiersze, opowiadania, wierszyki

LOGOWANIE:
nie pamiętam hasła
menu podręczne:
Pomóż nam w promocji:

Jeśli podoba Ci się ten serwis, lubisz czytać i pisać wiersze i opowiadania oraz jeśli prowadzisz stronę lub bloga - pomóż nam w promocji! Wystarczy, że zamieścisz poniższy link:

<a href="http://www.miastopisarzy.pl" target="_blank">wiersze </a>

Dziękujemy! Administracja miasta.

wyszukiwarka:
polecamy serwisy:
kamyk w bucie
Kamyk w bucie…


Lubię Cię rżnąć, jak jesteś nieprzytomna, bo wtedy mogę robić, co zechcę – usłyszałam, kiedy tylko się ocknęłam, a on właśnie kolejny raz we mnie wszedł. Bolało strasznie, ale to chyba zawsze boli, kiedy ktoś tak po prostu cię posuwa, miałam szczęście bo nie byłam świadoma.
„ Wszystko wydaje się prawdziwe, kiedy człowiek się boi” – pisywał Hłasko.
Prawda. To wspomnienie, które istnieje, tylko dlatego, ze ja mam świadomość. Siedzi gdzieś w mojej głowie i czasem tylko o sobie przypomina i znów się człowiek boi. Rzeczywistość jak koktajl ze świeżych owoców, z fikcją mieszają się a ja już sama nie wiem, co jest czym ale to może i lepiej bo wtedy nie muszę ponosić odpowiedzialności za nic, wyłgać się przed sobą z rzeczy, których nie pamiętam, a skoro nie przypominam sobie, to skąd brać mam pewność, ze one faktycznie się wydarzyły?
Ale się wydarzyły i wiem to na pewno chociaż wolę nie. Codziennie spotykasz ludzi którzy są furtką do twej pamięci a czasem i takich co są kluczem. Tak. Ten co tak mnie zerżnął to musiał być klucz.
No i co zrobiłam? Ubrałam się i wyszłam, chciałam trzasnąć w mordę ale nie miałam już siły. Zapaliłam tylko papierosa i wyszłam, po prostu. Kiedyś jakiś stary dziad zaczepił mnie na ulicy i krzyczy: „Przed wojną to tylko kurwy paliły” Tak jakoś mi się skojarzyło, chociaż nie czułam się jak kurwa, raczej jak upadła kobieta. Ogarniał mnie straszny smutek a ulice robiły się coraz czarniejsze. Smutek kobiety porzuconej. Nabrałam ogromny łyk nikotyny i trzymałam tą przynoszącą ulgę, truciznę czas jakiś w płucach by po chwili, powoli wypuścić. Dym wdzierał się w noc a ja przedzierałam przez puste przystanki.
W autobusie dopadł mnie tłum oddechów, zaparowane szyby odcięły mnie od rzeczywistości. I dobrze. Jechałam do domu, niewzruszona, zagubiona tylko w myślach, między oddechami, pośród tysiąca stóp, pośród rozmów i śmiechu i krzyku i warkotu ogromnego silnika co ma miejsc siedzących 87 a stojących 39.
Usiadłam na pierwszym lepszym, wolnym miejscu. Przy oknie, żeby obserwować chodniki.
Obok mnie usiadł Pan, co to golnął sobie wódeczkę całkiem niedawno i z ogromną trudnością usiłował zawiesić na mnie wzrok, obkręcając całe swe cuchnące cielsko w moją stronę i skupiając się na moich cyckach, których to pewnie widział ze cztery.
Spierdalaj dziadu! – prychnełam z obrzydzeniem i odwróciłam głowę.
Co spierdalaj, co spierdalaj? Czuję jego powalający oddech.
To spierdalaj – mówię, znów.
Bo Ci pierdalnę Kurwo jedna!!!
Wybełkotał i podniósł rękę, Kopnęłam go w twarz i wysiadłam. Kaśka ze szkolnej ławy mawiała, że ryj nie szklanka, nie pęknie. Miałam więc w dupie tą pijacką mordę.
Wysiadłam za wcześnie. Zawsze za wcześnie, albo za późno, nigdy na czas. Przygnębiające.
Zapaliłam papierosa, znowu.
Palę papierosy każdego dnia, dnia każdego kolejnego miesiąca, od lat dziewięciu.
Moje płuca to czarne worki od odkurzacza. Zapchane syfem filtry.
Zaciągnęłam się dymem i znów tak jakbym paliła marihuanę poczekałam aż przesiąkną nim płuca. Boję się raka. Palenie tytoniu powoduje raka. Palenie zabija.
Bloki płoną światłami w klatkach, pokojach, łazienkach i kuchniach. Latarnie migocą z zepsucia. Ludzie marzną z zimna.
Zapięłam płaszcz. Podniosłam kołnierz, wysoko. Jestem jak Cybulski, jak Dean w żeńskiej wersji, jestem tajna. Niewidoczna. Wiatr wieje w twarz, rozjusza końcówkę papierosa.
Zamknęłam oczy, by poczuć chłód na powiekach. Szłam z zamkniętymi oczami. Popychając, depcząc, poniewierając tych co mnie mijali.
- Uważaj jak idziesz głupia pizdo - słyszę, dochodzi głos.
- Naćpana jakaś – ktoś woła.
- Jebnięta !
Otworzyłam oczy. Wypuściłam ściskanego między palcami peta. Zapaliłam kolejnego. Kolejny gwóźdź do trumny wbiłam w płuco. Palenie szkodzi twojemu otoczeniu. Zaciągnęłam się głębiej. Ciemność, wszechogarniająca, spowiła miasto. Tylko latarnie jak głowy w chmurach, mrużą oczy.

Ciszę przerwała karetka. Wyjąca strasznie, przemierzająca ulice w celach ratowniczych, łamiąc przepisy ruchu drogowego. Zadzwonił telefon. Mój. Poczułam wibrację w kieszeni płaszcza. Nie odebrałam.

Miałam 10 lat, gdy zmarła Marzena. Moja towarzyszka gier i zabaw. Marzena była najładniejsza na podwórku i wszystkie chłopaki za nią szalały. Zmarła bo chirurg coś jej przeciął przy rutynowym zabiegu wycinania migdałków i się krwią udławiła. Ale to było tak dawno. Nie pamiętam jej już nawet. Pamiętam jej matkę, która wyglądała jak kaczka i zwariowała i jej brata pamiętam. Zawsze był strasznie mały i poddawany terapii hormonalnej. Nie przypominam sobie , żeby to jakieś rezultaty przyniosło.
Nigdy nie pozwoliłam wyciąć sobie migdałków.

„ Ciągle ten zapach krwi! Wszystkie wonie Arabii nie odejmą tego zapachu z tej małej ręki!!!!”

Noc zaczęła mnie nudzić. Zimno napastowało tak brutalnie. Znów jakiś pijak . Usiadł na przystanku. Płacze. Gada do siebie.

Ciekawe do kogo jechała ta karetka? Zawsze kiedy przejeżdża ludzie mają takie miny, jakby zastanawiali się czy to do ich domów nie przyszła śmierć. Boże broń, byle nie do nas! Byle do sąsiadów!!!

- „ Pani!!!! Pani!!!
- He? – pijak z ławki krzyczy coś do mnie.
- czego?
- Pani chodź no tu!
- a po co?
- no Pani, no podejdź!

Podchodzę. Siadam obok, częstuje go papierosem. Odmawia. Nie pali. A wydawać by się mogło, że każdy bezdomny, tak jak więzień, popada zawsze w kolejny obok wódy nałóg.

- Pani! Wie Pani co to szczęście?
- szczęście?
- Pani, ja wiem…
- wie pan ?
- nie
- ja też nie…
- Pani…ja wiem…
- no to słucham…
- szczęście to miłość…
- tak? Miłość pan powiada….do czego?
- miłość do bliźniego, Pani!
- hmmm…. – zapalam papierosa
- na pewno pan się nie skusi? – wyciągam paczkę w jego stronę
- nie, a Pani na wódeczkę?
- nie dziękuję.

Nalał sobie prosto z butelki w gardło. Chrząknął, otarł twarz dłonią i splunął na swój but. Kleks śliny spłynął spokojnie po jego czubku .

- bo Pani…ze szczęściem to jest tak, że…ludzie to nie widzą jak je mają…wie pani…
- ehe…
- Ludzie to muszą sobie pomagać Pani rozumie….kochać się i żeby wojny nie było….
- taaa…wojna to straszna rzecz…
- No i to właśnie jest szczęście..
- ale co?
- no miłość…no i ciepły koc i chleb..
- i wódeczka….
- no…eeee…wódeczka nie, ale potrzebna…
- taaa….
- Pani nie jest szczęśliwa co?
- nie.
- a ma pani jakieś grosze?
- ile?
- no piątaka….

Daję mu 5 złotych i odchodzę. Kłania się i życzy szczęścia. Szczęście….
Przypomina mi się taka przypowieść o Tybetańskim mnichu i jego uczniu, który też chciał zostać mistrzem. Więc przełożony kazał mu jechać szukać szczęścia. Po pierwszym roku nieobecności, mistrz wysyła do ucznia list z pytaniem, czy odnalazł szczęście. Na co uczeń odpisuje: tak mistrzu, odnalazłem szczęście. Na to mistrz znów wysyła list i pisze: Uczniu, szukaj dalej, napisz mi za rok.
Po roku uczeń wysyła list, że odnalazł szczęście, a mistrz znów odpisuje, ze ma szukać i żeby znów odezwał się za rok.
Minął rok, uczeń nie pisze. Napisał mistrz: uczniu mój, czy odnalazłeś szczęście??
A czy to ma jakieś znaczenie mistrzu???

Jakieś dzieciaki pod blokiem palą fajki i popijają piwo. Jedna butelka na ich pięciu. Zaraz podjadą pały i spiszą dane z ich legitymacji szkolnych.
Jakaś babcia wylazła z klatki ze swoim starym jak ona psem i przebąkuje coś o policji, młodzieży dzisiejszej i że brak kultury.
- Zamknij ryj!
- Stara rura!
- Spierdalaj!!!

Tak mało gwiazd jest na niebie w mieście. Za dużo świateł, ludzi, psów i gołębi. Nie cierpię gołębi. Po co Bóg stworzył gołębie?
Mijam kolejne ulice, bloki, przystanki. Nie idę wcale do domu. Jeszcze nie wiem gdzie idę.
I wydmuchuję w niebo dym, siódmego już pewnie papierosa, siódmego dnia tygodnia. Muszę odpocząć.

Na klatce spotykam Andrzeja.

-Andrzej, co to jest szczęście?
- nie wiem. Wiem za to co to nieszczęście.
- co to jest nieszczęście?
- to kamyk w bucie kochanie, kamyk w bucie.

komentarze [ 0] Chcesz skomentować utwór? Zaloguj lub zarejestruj się


Copyright by miastopisarzy.pl