wiersze   zarejestruj swój dom wiersze
wiersze opowiadania

wiersze, opowiadania, wierszyki

LOGOWANIE:
nie pamiętam hasła
menu podręczne:
Pomóż nam w promocji:

Jeśli podoba Ci się ten serwis, lubisz czytać i pisać wiersze i opowiadania oraz jeśli prowadzisz stronę lub bloga - pomóż nam w promocji! Wystarczy, że zamieścisz poniższy link:

<a href="http://www.miastopisarzy.pl" target="_blank">wiersze </a>

Dziękujemy! Administracja miasta.

wyszukiwarka:
polecamy serwisy:
Metr losu

Metr losu

Styczniowy wiatr wolno, ale stale przeganiał szare chmury i blady dysk słońca wolno podnosił się znad zamglonego horyzontu. Ewka stała na skraju pasa startowego i ostrożnie opierała szpadel o twarde podłoże. Z lewej i prawej stali tacy sami jak ona nieszczęśnicy –każdy ze szpadlem, łopatą lub innym narzędziem przydatnym do przeszukiwania ziemi. Za plecami zrezygnowanych ludzi –w pewnym oddaleniu- szarozielone samoloty otaczali mechanicy i piloci, coś pilnie rozważając.
Kierujący pracą dał znak i wszyscy zaczęli, z ponurymi twarzami, ostukiwać swój metr przestrzeni przed sobą: od lewej do prawej, albo odwrotnie, byle nie ominąć żadnego skrawka: mina może wszak leżeć wszędzie!
Było cicho. Tylko metaliczne i głuche postukiwania mąciły ten grobowy spokój.
Z tyłu dobiegł nagle jakiś dziwny terkot: mechanik zapuszczał mechanicznym starterem któryś z samolotów. Silnik warczał, rozkręcając ciężkie śmigło, aż wreszcie pojedyncze wybuchy zlały się w jeden głośny pomruk, nieco ściszony, gdy obsługa ustawiła obroty grzania. Stopniowo i inne maszyny zahuczały silnikami. Świetliste koła śmigieł lekko opalizowały w jaśniejącym powietrzu.
Pracując szereg, pod czujnym okiem nadzorcy, przebył już spory dystans –ciągle szczęśliwie.
Z monotonnego głosu nagle wybił się dźwięk wyższy: mechanik sprawdzał obroty przelotowe. Zaraz tez i inne maszyny zawtórowały pierwszej. Otoczenie lekko wibrowało spokojnym rytmem równo pracujących stalowych serc.
Skrawki błękitu coraz częściej przezierały spośród porozrywanych tu i ówdzie chmur. Czasem nawet słoneczny promień na chwilę muskał złotą strzałą ośnieżone pole, samoloty i szary szereg spiętych ludzi, wolno, lecz stale, posuwający się do przodu –coraz dalej od warczących maszyn- po startowym pasie.
Ewka czuła się źle: to już przecież drugi miesiąc! A tu na dodatek żadnej wiadomości od Stefka. Gdzie w ogóle może być? Jak daleko można szczęśliwie zajechać zwykłą bryczką w parę koni, gdy wokół wojna i zamęt? I jak daleko jest do tego Hamburga?
Łzy pieką pod zaczerwienionymi od wiatru oczami, serce wyrywa się do pozostawionego w domu dziecka i starej matki, bezradnej w tym morzu okropieństw.
Głosy silników falują, w miarę jak obsługa obciąża śmigła, to znów ryczą na pełnych obrotach, chcąc wyrwać maszyny z podstawek i uwięzi hamulców.
Wietrzyk rozwiewa dalekie mierzewskie dymy, figlarnie kręcąc białymi i ciemnymi smugami nad dachami domostw. Tu zaś dokuczliwie wdziera się za odzież, szarpie spódnice i nogawice spodni, barwi policzki czerwienią, targa luźne włosy. Milczący szereg nie zważa na nic, tylko –postukując nierównym rytmem- wolno sunie do przodu, pod czujnym spojrzeniem nadzorcy, postępującego w bezpiecznej odległości.
Wielu kombinuje, jakby tu uciec, nim przeznaczenie objawi się w czerwonym kwiecie niskiego wybuchu, ale wokoło puste pole, żadnego krzaczka –nawet dla potrzeby. Więc nadal nie załamany szereg schylonych postaci posuwa się coraz dalej i dalej, a z tyłu brzmi nierówny chór gorących serc stalowych ptaków. Wreszcie robi się cicho: milkną kolejno silniki.
Nogi bolą coraz bardziej, głód daje się we znaki, dokucza pragnienie. Ewka czuje się coraz bardziej rozbita, przemarznięta i w ogóle nieszczęśliwa. Nawet strach coraz słabiej ściska jej serce –powoli obojętnieje na wszystko, byle jak najszybciej do domu.
Jeszcze nie doszli do połowy pasa, a kiedy dotrą do końca? Ilu w ogóle dotrze? Do tej pory wszyscy są cali i zdrowi, ale może Przeznaczenie tylko tak się bawi: mami bezpieczeństwem, a nagle wybuchnie dziesiątkiem eksplozji, wśród rozrzucanych szczątków ludzkich ciał, krwawych ochłapów i czarnych dymów ?
Ewka modli się żarliwie do świętego patrona i do wszystkich świętych pomocnych w beznadziejnych przypadkach. Nie chce bólu urywanych nóg i poszarpanego brzucha, gdzie bezpiecznie spoczywa rosnące nowe życie, któremu już wybrała imię.
To już chyba połowa tej krzyżowej drogi. Przygasłe oczy mierzą pozostały dystans, nogi ostrożnie –jakby mogło to cokolwiek pomóc- robią kolejny krok. Ale niepotrzebnie! Wszyscy schodzą na bok! Dystans rozbiegu sprawdzony: min nie ma!
Stoją, niepewni dalszego losu, gdyż nie ma zezwolenia na rozejście się.
Daleko, na początku pasa, znów pracuje pojedynczy silnik, zmienia obroty: pilot przeprowadza kontrolę przedstartową.
Naraz gwałtownie wzrasta grzmiący warkot, samolot rusza i coraz prędzej toczy się, kołysząc na nierównościach rozbiegu. Czerwony nos celuje pod kątem w niebo, ale po chwili opuszcza się tak, że widać głowy załogi, potem ponownie podnosi się, a maszyna traci kontakt z ziemią i leci ku błękitowi zimowego nieba.
Jeszcze tylko na wielkim stateczniku miga czerwona gwiazda –zapowiedź nowych czasów i powoli na szerokim polu zalega cisza.





Poznań, kwiecień 1994 r. Aleksander Drewnik




komentarze [ 0] Chcesz skomentować utwór? Zaloguj lub zarejestruj się


Copyright by miastopisarzy.pl