wiersze   zarejestruj swój dom wiersze
wiersze opowiadania

wiersze, opowiadania, wierszyki

LOGOWANIE:
nie pamiętam hasła
menu podręczne:
Pomóż nam w promocji:

Jeśli podoba Ci się ten serwis, lubisz czytać i pisać wiersze i opowiadania oraz jeśli prowadzisz stronę lub bloga - pomóż nam w promocji! Wystarczy, że zamieścisz poniższy link:

<a href="http://www.miastopisarzy.pl" target="_blank">wiersze </a>

Dziękujemy! Administracja miasta.

wyszukiwarka:
polecamy serwisy:
Marsz

Marsz

Szli wolno po białym piasku, ozłoconym promieniami wschodzącego słońca. Czarne cienie długimi smugami przecinały delikatne prążki ułożone przez ranną bryzę, to znów łamały się na niewielkich pofałdowaniach, upstrzonych ciemnymi plamami gnijących wodorostów. Zwiewny tuman unosił się tuż nad gładką powierzchnią wody, perłowo opalizując, ruchomy w równym podmuchu, niosącym słony zapach bezkresnego morza. Ta ulotna zasłona łączyła szafirowe niebo ze spokojną wodą, kryjąc daleki horyzont przed wzrokiem idących ludzi tak, że zatoka zdawała się być sennym przestworem spokoju i bezpieczeństwa. Daleko, w jej łuku, pozostało miasto, krwawiące pożarami, kreśląc gęstymi dymami burą, grubą, krechę wzdłuż wybrzeża, jak nieprzekraczalną granicę pomiędzy tak niedaleką jeszcze codziennością a nieznaną przyszłością.
Nie mówili nic. W tej ciszy brzęknęło czasem oporządzenie, zaszeleścił materiał mundurów, słychać było oddechy zmordowanych niedawnym biegiem ludzi. Zresztą nie było już nic do powiedzenia. Została tylko nadzieja ucieczki od strasznego miejsca ostatnich wydarzeń. Była tylko jedna droga ku wolności i życiu –byle dalej przed siebie, po linii wody i brzegu.
Złocista plaża, w blasku rodzącego się dnia, podbiegała pod same góry, pełznące na podobieństwo grzebieniastego węża wzdłuż linii wody, gotowego w swoich splotach zdusić nieostrożną ofiarę, ośmielającą się podejść zbyt blisko skręconego dziki cielska, pełnego jarów, wąwozów i rozpadlin.
Kamieniste źleby pozornie prowadziły do wnętrza labiryntu zboczy, porośniętych kolczastym zielskiem, pełnymi cierni krzakami, karłowatymi drzewkami, węźlastymi korzeniami oplatającymi piarżystą glebę i mamiły zwodniczymi szlakami, prowadzącymi tylko na manowce, pod strome ściany przepaści.
Uważne oczy omiatały nieustannymi spojrzeniami groźna barierę, czułe na najmniejszy ślad karkołomnego, choćby, przejścia w skalistym murze –lecz nie znajdowały niczego. Góry posępna linią ciemnych zarośli, rozjaśnionych świetlistą zorzą, sięgały nieba, szczerząc jasne kły skalistych turni i szyderczo wywalały języki piargów i lawiniastych osypisk. Nęciła gorączkowa myśl, by desperacko wejść w jakiekolwiek łożysko wyschniętego strumienia w nadziei straceńczego przebicia się na drugą stronę –byle dalej od grozy pozostawionej za plecami. Zaraz jednak przychodziło otrzeźwienie, chłodna kalkulacja pola walki, strach przed utknięciem w pułapce, skąd zostaną wybrani, jak ślepe kocięta z koszyka –na nieuchronna zagładę. Nie było wyboru
Musieli więc iść krętą linią wybrzeża, wystawieni na widok, beznadziejnie osamotnieni, po przesypującym się piasku, coraz dalej i dalej, ku zakrytej i budzącej strach przyszłości. Martwa pustka, nie ożywiona żadnym głosem –ani od gór, ani od morza- przygnębiała. Tylko z oddali dobiegały coraz cichsze odgłosy konającego miasta, przerywane czasem grzmotem wybuchu lub złagodzonym odległością terkotem serii ciężkiej broni. Niekiedy czarny całun nad horyzontem rozrywał stłumiony błysk eksplozji, jak słoneczna protuberancja w czasie zaćmienia i wtedy żałobny welon wysuwał ku niebu wirująca wypustkę dymu, niby rękę wyciągniętą w geście błagania o ratunek lub pomstę. Ale ratunku być nie mogło!
Jakieś niepokojące poruszenia pośród ledwo widniejących zabudowań, między zadrzewieniami przedmieścia, nie wybiegały w kierunku uciekinierów, dlatego odwracali głowy od przejmującego widoku śmierci ostatniego punktu oporu –i szli. Nadzieja ocalenia mobilizowała sił, jeszcze nie nadwątlone nocnym biegiem.
Więc maszerowali, bacznie obserwując góry, czy pozwolą im wtopić się w dziki chaos skał, ruchomych rumowisk, wielkich kamieni odpadłych od podciętych szczytów, czy wchłonie ich sprężysty dywan górskich sosen na stromych zboczach i zasłonią, pokryte żółtymi i szarymi porostami, głazy. Jednak dzikie bezdroża broniły dostępu do połogich łąk na niedosięgłych siodłach i przełęczach.
Miasto zostało daleko, niewidoczne za łukiem brzegu, ale niebezpieczeństwo czekało przyczajone pod ledwo widoczną smugą burego cienia nad górami. Skoczy za nimi, gdy mina chwile upojenia zwycięstwem i pospiesznego zbierania jego owoców. Czas sprzyjał jednak uciekającym, wlewając nadzieję w przerażone serca i uspokajał rozdygotane nerwy. Każda chwila, darowana przez los, pracowała dla ocalenia, które nie chciało unieść nad nimi swojej tarczy, zwlekając bez końca.
Słoneczny dysk podniósł się ponad horyzont mgieł, jaśniejąc coraz bardziej. Delikatna purpura przygasła na kamienistych stokach i białych skałach. Góry w pełnym blasku dnia straciły swą niepokojąca rzeźbę, nie splamioną najmniejszym nawet cieniem. Na błękitnym niebie, pustym i powoli blaknącym w promieniach coraz wyżej idącego słońca, wiatr nie pędził żadnej, najsubtelniejszej, chmury. Wszystkie mgły niezmiennie trzymały się spokojnej wody, powoli dryfując ku cichej plaży.
Jaskrawe światło stojącego już wysoko słońca raziło oczy, błyszcząc tańczącymi refleksami w załamujących się falach na drobnym piasku, zalewało wąski pas między wodą a poszarpanymi stokami gór i małe figurki, dążące do niewiadomego celu w rosnącym upale przedpołudnia. Góry trwały ciche i groźne w swojej odwiecznej sile, obojętne na los uciekających. Potężne mury Przyrody na drodze przeznaczenia garstki ludzi.
Szli, roztrącając podeszwami błyszczące ziarenka, Sypkie strużki osuwały się, utrudniając każdy krok. Buty grzęzły, spowalniając marsz i zmuszając do dodatkowego wysiłku. Zielone stoki wciąż mamiły obietnicą otwarcia swoich zawartych bram, więc maszerowali wytrwale, nie tracąc czasu –byle dalej od śmierci.
Coraz bardziej ciążyła broń, ocierały ciało ładownice, chlebaki z mizernym zapasem pożywienia i manierki obijały się o biodra, zgarbione plecy mokre były pod tornistrami i zrolowanymi kocami. Umęczone stopy obcierały skarpety i onuce, pełne drobnego piasku.
Szli jednak uparcie, z determinacją straceńców, po złotym piasku plaży, zwiesiwszy głowy. Czasem tylko rzucali zmęczone spojrzenie na góry, w nadziei zauważenia jakiegoś przejścia przez wysoką barierę, postawiona przez Los na drodze ku ocaleniu, i dalej wlekli się wąskim sierpem wybrzeża, niby szczury w gigantycznym labiryncie, wystawione na łaskę i niełaskę eksperymentatora.
Słońce stało w zenicie. Pojawiły się wreszcie drobne cumulusy i żeglowały wolno nad błękitną wodą, znikając za powyginanym fantastycznie grzbietem. Nie dawały one żadnej ochłody w panującym skwarze. Ludzie dyszeli, zalewając się potem –i szli.
Daleko zostało miejsce, skąd wyszli nocą, lecz niebezpieczeństwo biegło trop w trop, niby wytrwały ogar, więc szli bez wytchnienia, nie mówiąc ani słowa, zacięci i wsłuchani w swoje myśli. Kto nie nadążał, zostawał w tyle i wlókł się dobrze widocznym śladem na czystym piasku nadmorskiej plaży. Jeżeli ktoś już musiał zmitrężyć chwilę, wytężał wszystkie siły, by dołączyć do zwartej grupy, wspierającej się wzajemnie w tej lunatycznej wędrówce.
Zrobili postój, gdzie brzeg półkolem wchodził w góry. Drobnymi łykami pili z rozgrzanych manierek ciepły płyn, na skrzyżowane kolana łapali każda okruszynę jedzenia, skrobali dna puszek. Ale na palenie nie było czasu. Pospiesznie pakowali resztę skromnych zapasów, obciągali pofałdowane mundury, wyćwiczonymi ruchami dźwigali broń na zmęczone barki i znów szli.
Cienki ślad wielu stóp ciągnął się wężowym splotem za umęczona gromadką ludzi, niby piekielna nić Ariadny dla nieomylnego pościgu. Ale na to nie było rady.
A więc szli uparcie przed siebie, wypatrując wejścia do labiryntu niedostępnego grzbietu, mogącego zamknąć się za nimi, jak brama bezpiecznej twierdzy. Wypatrywali już tak od wielu godzin –daremnie.
Słońce przeszło na zachodnią stronę nieba. Żar nadal lał się jednak z góry, nie łagodzony nieustanną procesją białych chmur. A oni szli nieustępliwie, ostatkiem sił, w milczeniu, roztrącając miałki piasek przy każdym potknięciu. Trwali tak w tym nieustannym ruchu, między niedostępnymi górami a spokojnie falującym morzem, na białej wstędze rozpalonego piasku.
Spokojny nastrój zamierającego dnia koił zmęczone ciała i udręczone niepokojem dusze. Ludzie podnosili wyżej opuszczone głowy, mniej powłóczyli strudzonymi nogami, poprawiali broń, oporządzenie i resztę bagażu –co tam kto miał cennego. Ale nadal niedostępne góry nie chciały przepuścić uciekinierów do swego bezpiecznego wnętrza.
Tyle godzin daremnej nadziei, nieustannego omiatania uważnymi spojrzeniami każdej fałdy zboczy, każdego jaru, źlebu, wyschniętego łożyska strumienia, najmniejszego choćby śladu koziej ścieżki –i nic. Zupełnie nic.
Więc nie załamani dobywali ostatnich sil i szli.
Pierwsze gwiazdy blado zamigotały na wieczornym niebie. Nastała ta osobliwa chwila w przyrodzie, kiedy dzień przechodzi w spokojną i cichą noc. Wiatr od morza ustał. Niedługo obróci się ku wodzie, by wiać do rana od posępnych gór, coraz pełniejszych głębokich cieni, kryjących gdzieś upragnione przejście.
Coraz trudniej było znaleźć nieosiągalną ciągle bramę do bezpiecznego miasta ucieczki, lecz nie było wyboru. Tej nocy nie otworzy się przed nimi zbawienny szlak wśród skał, grzechocący ruchomymi piargami –by powieść ich stromymi zakosami wysoko, aż ponad suche hale, ku zębatej grani, na drugą stronę. Do oazy ciszy i bezpiecznego spokoju.
Nie spoczną aż do świtu –byle dalej i dalej, w nieznaną przyszłość.
Jutro, daleko od niebezpieczeństwa, poranne zorze rozjaśnią krwistą czerwienią jakiś kamienisty żleb, który poprowadzi ich ku wolności. Rano, podcięte ściany przepaści otworzą skalna bramę, może tylko wąska furtkę, przez którą niebieskie niebo poprowadzi ich ku jasnej przełęczy stroma drogą, przez kamienie, głazy, wykroty pośród korzeni górskich sosen, śliskie hale suchej trawy, na koniec poprzez zdradzieckie skały niebotycznej grani –ku ocaleniu.
Szli więc uparcie po wąskim pasie między dzikimi górami a niezmierzonym morzem.
Szli wolno po białym piasku, szarzejącym w coraz gęstszym mroku.
Potykając się na ledwo widocznych już fałdach terenu i kamieniach osypanych ze skalistych zboczy wyszukali niewielki spłachetek niezbyt stromej łączki –zielony język pośród szarości wieczornego pejzażu. Bujna trawa, hojnie karmiona wilgocią nadmorskich mgieł, łagodnym dywanem otoczyła zmęczone stopy, jak wygodny materac przyjmując obolałe ciała na nocne leże,

Poznań, maj 1998 r,







komentarze [ 0] Chcesz skomentować utwór? Zaloguj lub zarejestruj się


Copyright by miastopisarzy.pl