wiersze   zarejestruj swój dom wiersze
wiersze opowiadania

wiersze, opowiadania, wierszyki

LOGOWANIE:
nie pamiętam hasła
menu podręczne:
Pomóż nam w promocji:

Jeśli podoba Ci się ten serwis, lubisz czytać i pisać wiersze i opowiadania oraz jeśli prowadzisz stronę lub bloga - pomóż nam w promocji! Wystarczy, że zamieścisz poniższy link:

<a href="http://www.miastopisarzy.pl" target="_blank">wiersze </a>

Dziękujemy! Administracja miasta.

wyszukiwarka:
polecamy serwisy:
Z lotu Ptaka
Jeżeli ktos nie zrozumie tego przekazu,niech mnie nie pyta co chcialem w nim zawrzeć...

Jastrząb- mierzy około 54 cm dlugosci,ma ponad 100 cm rozpietosci skrzydel.Ubarwienie ma skromne, z wierzchu brazowawe,od spodu bialawe w ciemne, faliste prażki.Nogi Jastrzebia sa masywne z poteznymi pazurami,oczy jaskrawozółte. Powyzej przedstawilem oficjalny,formalny i typowo biologiczny komentarz dotyczacy tego jakze pieknego ptaka, jakim jest Jastrząb.

Ze względu,ze nie jest to ornitologiczny wywód,to zamierzam troszke się wglębic w ,,nature” tego krolewskiego drapieżnika.Oczywiście ta natura będzie swego rodzaju fikcją,ale oparta na faktycznych żrodłach.

Jestem pewien, ze każdy z was miał marzenie by moc latac niczym mistrz przestworzy.Nasze szybkie kapitalistyczne zycie, no i oczywiście wiek wybily takie marzenia...Ale na chwile cofnijmy się w czasie,kiedy zywilismy się takimi niematerialnymi blachostkami.Wyobrazmy sobie ,ze na pewien czas przestajemy być ludzmi,a przeistaczamy ,dokonujemy morphingu w tego asa wysokich lotów.

...Gwałtownie przeszyl nas bol i stracilismy na chwile swiadomosc zycia...

wychodzimy z ciala ptaka i jestesmy oczami wszystkich i wszystkiego.Ten sam port,ta sama pora...a jednak inaczej.Port jest zapchany kutrami.Wszedzie pełno rybakow.podjechały ciezarowki.Czuc poruszenie.Zblizamy się i nas zamurowało...Na calej rozciągłości portu leżą zwłoki lwów Morskich, żółwi ,fok i delfinow.Tybacy biorąc pily w rece odcinają kły lwom,rozklepują pancerze zółwiom. Bestie z uśmiechem na twarzy i z krwią na rekach hełpią się tym czego dokonali.Wszystkie trofea pakują na ciężąrowke i odjeżdzają...

Ocuciliśmy się, znow jestesmy Jastrzębiem.Spoglądamy zóltymi oczami w to miejsce,po czym szybko wzbijamy się do kolejnego lotu... Lecimy już drugi dzien.Za nami Ameryka...przed nami Afryka.Jest bardzo gorąco.Jedwo machamy metrowymi skrzydłami.Mijamy wielorakie wioski,setki ludzi.Podziwiamy piękną faunę i florę.Zachwycamy się kazda czastka tego kontynentu.Wiemy ze dla takich chwil warto życ.Widzimy,słońce chowa się za wzgórzami piekielnie gorącego kontynentu.Ladujemy na dachu jakiegos domostwa.Spokój,cisza,ukojenie naplywa zewsząd.


...Ukojenie zmienia się w doskwierający ból,przebijający nasze ciało,tracimy swiadomosc ptaka i jesteśmy wszystkim...


Jest noc,to samo miejsce.W chacie pali się światło.Zdaleka slychac marsz.Nage wszystkie plomienie w naftowych lampach zamierają.Do wioski zbliza się jakas grupa ludzi.Są dziwnie podnieceni.Nagle jeden oddaje strzaly w powietrze i rozkazuje przeszukac chaty.Do chaty na ktorej stalismy,wpełzło trzech umundurowanych osobnikow.Slychac było piskliwy glos.Umundurowani zaczeli się smiać,drwic. Damski głos był coraz cichszy...zamilkł.Z chaty wyszlo tych samych szczesliwych,zaśmianych trzech umundurowanych mezczyzn.Gdy się oddalili i nie było zagrozenia z chaty wyszlo czarnoskóre dizecko trzymające pluszowego misia w rączkach...Wiedzialo ,ze od tego momentu jest same na tym świecie.


Znow jestesmy w ciele Jastrzebia.Powrocilismy z dlugiej podrozy wśród letargu... Suniemy przez powietrze niczym strzała wyprowadzona z kuszy.Nie zwarzamy na nie pogodę.Zmierzamy na skrzydłach anioła w strone najstarszego kontynentu.Zatrzymujemy się w wenecji.Cos jest nie tak.Ludzie sa specyficznie zadumani,smutni,posępni.Coś musialo się stac.Musialo to być,coś co poruszylo caly swiat.Mediolan,Wenecja,Rzym już nie sa takie tetniace zyciem.Miasta zamarły...z lotu ptaka widac tylko żółto-białe i biało-czerwone wstążki.Nie zatrzymujac się ,lecimy dalej,bardziej na wschod...

Po trzech dniach nieprzerwanego lotu,zabrnelismy na bliski wschód.Jestesmy na jakiejs pustyny.Słońce praży niemiłosiernie.200 metrów dalej widzimy jakies opustoszałe slamsy.Na ulicach jest pusto,jaskrawożółte oczy spostrzegają czerwone plamy.Na skrzyzowaniach wraki spalonych samochodow.W karoserii slady po kulach.Domy bez drzwi,okien,zycia.Kurz unosi się w poweitrzu,atmosfera nagle stala się cieżka,matowa...grobowa...Zlatujemy na dach czegos co przypominalo miejsce zamieszkania.Nadal jestesmy w skorze krola przestworzy...


...Nagle upadamy na bok.Oczy się zamykają,źrenice są coraz mniejsze,na chwile tracimy przytomność...


To samo miejsce,wieksze zageszczenie powietrza,malo widac...prawie wcale.Jedynie czym możemy się poslugiwac to zmysl słuchu.Dochodzą do nas odgłosy wystrzałów.Widzimy znikome blyski.Ktos krzyczy...Przekrzykują się nawzajem.nastepuje wymiana ognia.nagle ktos krzyknął z bolu jakby go zywcem Diabeł zabierał do swoich czeluści.Kula preszyła klatke piersiową.Osobnik poleciał na ziemie jak kłoda,zaczął drżeć ,tracił świadomość.Jęczy,stęka ...podchodzi towarzysz...wymierza bron palną w skron umierającego i naciska spust...Piski umilkły,krzyk poszedl w niepamiec...konajacy przeszedl do lepszej krainy.

Przenosimy się do naszego skrzydlatego kompana...otwieramy jaskrawe oczy,powstajemy...spogladamy jeszcze raz na plac boju...po czym szybko wzbijamy się w powietrze.Jak samotny żeglarz na morzu,tak my dryfujemy w odosobnieniu po świecie.Lecimy tam gdize nas wiatr zaprowadzi...Zew natury sprowadzil nas w samo serce Europy.Lecimy miedzy budynkami,biurowcami,drapaczami chmur.Jestesmy lekko wstrząśnięci tym wszystkim co się dzieje w kapitalistycznej Junglii.Hałas,głos,jazgot,jestesmy zdezorientowani.Nie wiemy co z sobą zrobić.Zlatujemy na jeden z budynkow nowoczesnego świata.Naprzeciwko zóltych oczu ,stanął budynek mieszkalny.Spoglądamy to w lewą ,to prawą stronę.Naszą uwagę zwraca jedno okno.O dziwo jest ono zabite deskami a wejscie do mieszkania owite zółtą taśmą. Teraz jako,ze w ciele ptaka widzielismy już wiele rzeczy możemy się domyslac co moglo się stac...

Ładny poranek,matka,dziecko...rodzina średnio bogata.Ojca nie widać.pewnie jest w pracy.Nagle matka krzyczy na dziecko,które zbiło wazon.Małe rączki przesiąknięte były krwią.Matka zamiast pomoc,łapie za ramiona i szarpie krzyczac na potomka.Pomylilismy się,ojciec był w domu.Spał na kanapie...brudny,śmierdzący,typowy lump.Zbudzony płaczem i krzykiem wstał rozwścieczony i podjął kierunek w strone pozostałych podmiotów rodziny. Zaczą krzyczeć i wymachiwac rekoma.Darł się w niebogłosy.Podszedl blizej i z całej sily uderzył matke, po czym ta uderzyła tyłem głowy o duze kryształowe lutro.Krew wyciekała strumykiem z tyłu czaszki.Dziecko podbiegło do rodzicielki i zaczęło tuluć już martwą matke.Ojciec krzyknął w strone matki:,,Wstawaj!!!, nie udawaj jak zawsze!!!” i poszedl po kolejne piwo...


Jastrząb spojrzał w zabite okna i pokrecił glową po czym odleciał w nieznane nam miejsce...My zostalismy duchem na tym budynku...sami...zamyśleni...
komentarze [ 0] Chcesz skomentować utwór? Zaloguj lub zarejestruj się


Copyright by miastopisarzy.pl