wiersze   zarejestruj swój dom wiersze
wiersze opowiadania

wiersze, opowiadania, wierszyki

LOGOWANIE:
nie pamiętam hasła
menu podręczne:
Pomóż nam w promocji:

Jeśli podoba Ci się ten serwis, lubisz czytać i pisać wiersze i opowiadania oraz jeśli prowadzisz stronę lub bloga - pomóż nam w promocji! Wystarczy, że zamieścisz poniższy link:

<a href="http://www.miastopisarzy.pl" target="_blank">wiersze </a>

Dziękujemy! Administracja miasta.

wyszukiwarka:
polecamy serwisy:
Spacer

Dla mojej Muzy

Spacer

Staliśmy, Joasia i ja, na białym piasku koralowej plaży, na granicy ziemi i wody, ruchomej bez przerwy w swym monotonnym dążeniu ku nieosiągalnym wydmom. Martwa fala, idąca z głębi oceanu, z cichym szumem wdzierała się daleko w ląd, by bezgłośnie cofnąć się do swojego odwiecznego leża. Przelewający się tam i z powrotem żywioł pluskał omywając nam nogi ciepłą kąpielą. Drobiny piasku nieco mąciły kryształową toń, podrywane z płycizny przez bystry prąd.
Była pełnia. Tarcza księżyca drgała na łagodnych grzbietach długich fal. Srebrna poświata biegła wąską smugą ku horyzontowi, niby magiczna droga elfów i tajemniczych duchów Oceanii. Czasem jakieś niewyraźne rozjaśnienia wprowadzały dysonans w tą harmonię granatowej wody i zimnego blasku: podrażnione czymś nocoświetliki na krótko rozpalały swoje maleńkie ciała zieloną poświatą, by zgasnąć wraz z uspokojeniem się na krótko zmąconej wody.
Jasne światło księcia nocy lśniło na rudych włosach Asi, tworząc delikatną aureolę, więc wyglądała trochę niby jakaś starodawna kapłanka tajemnych Mocy, czerpiąca siłę od nieznanych bóstw rządzących tym skrawkiem lądu, rzuconego na bezmiar oceanu.
Pieściłem kark pod złotymi splotami, potem przesunąłem rękę po plecach, aż do przewężenia kibici, czując podniecający łuk biodra. Palce wyczuwały gładkość ciepłej skóry pośladka...
Gdyby wiedziała, jaki byłem spięty. Bałem się popsuć nastroju chwili, by nie myślała, iż chcę wykorzystać zauroczenie urzekającą scenerią samotnego atolu. Ta dziwna miłość, która połączyła nas przez zadziwiający przypadek, a może kaprys lub wyrok Losu wiązała dwie dusze pajęczymi splotami na wieki. Delikatne uczucie kobiety rozbudziło we mnie niepojęte siły: dziwną czułość i pragnienie rzucenia jej do stóp całego świata, zaś dać jej mogłem tylko siebie i nic więcej.
Ręka wolno powędrowała z kibici na kark, spowrotem pod płomienne włosy, a potem ująłem dłońmi brzoskwiniowe policzki i lekko pocałowałem złożone po dziecinnemu usta. Potem wzięliśmy się za ręce. Podniosła na mnie piwne oczy, w których zajaśniał blask księżyca i niespiesznie, krok za krokiem, poszliśmy po białym piasku skruszonych przez przybój korali, granicą ziemi i wody.
Ocean unosił się rytmicznie w swoim odwiecznym falowaniu, rzucając jasne refleksy księżycowego światła na ciemną toń. Przyroda ogarnięta była wielką ciszą. W tej ciszy głośny plusk zabrzmiał prawie, jak zgrzyt, zaś długą falę przeciął niewyraźny kształt, mącąc spokojny rytm. Świetliste wiry, niczym maźnięcie pędzlem jakiegoś ekstrawaganckiego malarza, na krótko zaznaczyły miejsce zdarzenia, może tragedii. Nic więcej się nie stało. Fale wolno szły od horyzontu ku zalanemu światłem brzegowi, wpełzały daleko na płaską plażę, by cofnąć się z cichym szumem do swojego mokrego leża.
Była wielka cisza. Pod stopami z trzaskiem pękającego granatu rozpadały się czasem jakieś muszle, zaś wodorosty, wyrzucone daleko na ląd, czepiały się sandałów, jakby chciały zatrzymać nas przed deptaniem jednego z ostatnich rajskich zakątków na ziemi. Dalekie palmy kokosowe chwiały lekko zwisającymi wachlarzami długich liści w równym podmuchu nocnej bryzy i czasem światło księżyca rozpalało w ich rozwichrzonych koronach maleńkie iskierki. Może to jednak tylko tropikalne świetliki dawały tajemnicze sygnały swoim pobratymcom.
Jej ręka była ciepła i pewnie trzymała mą dłoń –na znak zawierzenia i oparcia w powikłanym życiu. Tego oparcia i wiary w niezachwianą wierność było nam potrzeba, jak powietrza.
Daleko, na samym horyzoncie, pojawiły się ruchome światła. Przybliżały się szybko a wiatr przynosił coraz głośniejszą muzykę. Jakiś wycieczkowiec w amerykańskim tempie obwoził bogatych emerytów po nielicznych już enklawach ciszy i spokoju. Blask kolorowych lampionów odbijał się w granatowej wodzie sztuczną tęczą, która przesuwała się dalej i dalej wraz z cichnąca melodią „Aloha oe”
Wbiegająca na ląd fala ciemną smugą znaczyła wąski pas plaży. Piasek utwardzony wilgocią przypominał żwir parkowych alejek. Szło się po nim wygodnie i szybko. Mrowie małych krabów skrzypków uciekało w popłochu, zawczasu niknąc w maleńkich morkach, by po minięciu niebezpieczeństwa wychynąć ponownie na ich ograniczony świat. Uspokojone, wygrażały sobie nawzajem wielkimi szczypcami, niczym jacyś mówcy w Hyde Parku ze swoich skrzynek. Niewielkie otworki znaczyły miejsca schronienia morskich wieloszczetów, podobne do śladów żerujących dżdżownic. Jakieś nieznane stworzenia pokryły wilgotne podłoże śladami wyglądającymi jak tajemnicze runy. Wszędzie pełno było znaków intensywnego życia.
Ciepła woda kusiła, by zrzucić obuwie i biec nieskończoną płycizną łagodnego łuku zatoki, rozpryskując srebrne krople, jak odpryski księżycowego światła. Jednak rozum i doświadczenie odradzały tak wspaniałej zabawy. Niebezpieczeństwo nadepnięcia na jadowitego jeżowca, albo ostry kolec płaszczki odstraszało od lekkomyślnej decyzji. Równie nierozważne byłoby szukanie przyjemności kąpieli w nagrzanej wodzie. Nigdy nie wiadomo, co może podpłynąć na płyciznę, zwabione pluskiem i odgłosami uderzania o wodę. To, co przybyłoby stwierdzić powody hałasów, z pewnością niczym by nie zdradziło swojej obecności: żaden wir wodny, smuga przesuwająca się w posrebrzonej fali, najmniejsze zakłócenie spokojnie falującej toni – nie ostrzegłoby o niebezpieczeństwie.
Biegliśmy więc, jak dzieci, na granicy lądu i nieznużonej w swoim ruchu wodzie, ku oddalonej grupie palm, tworzących zielony gaj, gdzie wyciągnięta daleko na ląd odpoczywała tubylcza łódź, unosząc wysoko przeciwwagę z palmowej kłodziny.
Biegliśmy, jak dzieci beztrosko, klapiąc w kałużach niby startujące łabędzie. I w tym wesołym pędzie wyrażaliśmy naszą wielką radość z bycia razem, z piękna świata, z łaskawego losu, który połączył nasze serca przez splot bajkowych prawie zdarzeń. Czyżby cały Wszechświat skonstruowany był tak, aby zdarzenia milionów lat biegły zadziwiającymi torami przez czas i przestrzeń ku naszemu spotkaniu? Mówi się, że szelest skrzydeł motyla wpływa na bieg dziejów Świata. Czy krzyk naszej miłości nie jest tysiąckrotnie głośniejszy od szmeru przelatującego mola? Czy kiedyś burza uczuć, targająca nami, nie wyzwoli kosmicznego kataklizmu, w którym rozbiegną się tory ciał niebieskich a odwieczny porządek zostanie zburzony, aby wszystko zostało uczynione nowym? W tym nowym porządku pozostanie tylko Miłość, bo ona przezwycięża wszelki chaos i zło.... Biegniemy...
No i bęc! Leżymy, oblepieni wilgotnym piaskiem, niby jakieś wodne stwory, w girlandach morskich alg, podobni dzieciom morskich bogów. Jakoś tak objęliśmy się w obronnym geście i turlaliśmy: raz jedno, raz drugie było na górze, aż sprawiedliwie, bez dyskryminacji legliśmy na bokach, a tutejsza bogini miłości szeptała nam słowa zachęty i aprobaty. Jej szept był coraz głośniejszy, aż stał się narastającym szumem, niczym śpiew łamiącej się fali, po czym słone chluśnięcie rozdzieliło tak już bliskie ciała. Jakaś samotna fala, zrodzona w tajemniczych okolicznościach na niezmierzonych obszarach oceanu, wdarła się niespodzianie głęboko w ląd, przynosząc ze sobą miałki piasek. Z cichym szmerem słony przestwór wrócił do swojego odwiecznego leża, zostawiając nas mokrych, ale roześmianych i pełnych radości.
Dźwignęliśmy się na kolana. Niczym zawodnicy sumo przepychamy się czołami z głośnym śmiechem, potem prostujemy w biodrach i, naśladując Eskimosów, pocieramy w delikatnej pieszczocie nosami. Niesforne kosmyki rudych włosów spadają Joasi na czoło. Łapię je zębami i, niby złapaną na lasso, przyciągam do siebie. Na szczęście schwytana nie stawia zdecydowanego oporu, ale tracąc równowagę zmuszona jest oprzeć się na mnie rękoma. I tak jakoś bezwolnie już trzymamy się w wyciągniętych ramionach. Ale ręce zginają się i znowu Bogini Miłości ma głos.
Tutaj jednak odzywa się i głos rozsądku: cali zabrudzeni drobniutkim piaskiem nie bardzo możemy robić to, co można by na tej odludnej plaży. Wyglądamy, jak dzieciaki w piaskownicy po dzikim rozrzucaniu piachu we wszystkie strony. Tyle, że mokrzy nie mamy szans na otrzepanie się z koralowego pyłu. Może ostrożnie do wody? Niedużo, do kolan zaledwie, cichutko, aby nie przywołać jakiego licha albo wodnego bożka. Kto wie, jaką mógłby przybrać postać. Z drugiej strony przecież tutejsi mieszkańcy do woli zażywają kąpieli w kryształowych wodach Archipelagu bez większych szkód. Wszak zwykłe przejście na drugą stronę ulicy obarczone jest o wiele większym ryzykiem.
A więc, do kąpieli!
Jak woda, to też pranie i płukanie odzieży z całego balastu piaszczystych drobin i kawałków alg.
Z zapałem zanurzamy i wyciągamy z wody nasze odzienie: ja koszulę, slipki i spodenki, Asia jakieś swoje, cudownie rozmnożone szmatki. A wydawało się, że prawie ich nie ma. Bryzgi wody lecą na wszystkie strony, niby rtęć ze zbitego termometru, rozbijając księżycowy blask na tysiące iskier. No, dosyć! Prędko na brzeg, póki strażnicy zakochanych pilnują przed jakim nieszczęściem.
Ale księżyc świeci na wszystko. Jego blask migoce na kroplach wody, które, podobne brylantom, bladymi skrami toczą się po pięknych, tycjanowskich, włosach mojej towarzyszki i śmiało, perlistym wężem wiją się między kuszącymi piersiami. Nie zatrzymując, się wolno ściekają przez oszałamiający wir pępka i giną w zachwycającej rudości wzgórka rzymskiej bogini miłości.
Nie chcąc spłoszyć nastroju dziecięcej wesołości lekko dotykam pleców między łopatkami, a Asia odwraca się do mnie i targa za włosy, niczym terier szczurem. Ze śmiechem wychodzimy z niebezpiecznych rewirów i zakładamy mokrą odzież: nie należy przyspieszać tego, co i tak kiedyś nastąpi, zaś czas prób i wyrzeczeń pogłębi i wzmocni uczucia. Mimo ciepłej nocy, bryza chłodzi trochę za mocno, więc dalej: kto pierwszy przy łodzi...
Niebo jakby jaśnieje. Gwiazdy obróciły się wokół swoich kryształowych sfer i księżyc pokawałkowaną tarczę schował za palmami. Teraz są tajemnicze i ciemne. Jak jakieś widmowe zjawy wolno poruszają pierzastymi gałęziami w równych podmuchach wiatru. Niespodziewany krzyk morskiego ptaka nadbiegł z oddali, dodając całej scenie intrygującej tajemniczości. Coś pisnęło w głębi egzotycznego gaju. Tak, niezadługo książę nocy odda tron Heliosowi.
Biegniemy z daleka od wody. Tu nie ma śladu morskich stworzeń. Nie ma? A skąd ten ślad gąsienic na suchym piasku?
-Pewnie krokodyl!
Asia bojaźliwie, i słusznie, rozgląda się i patrzy pod nogi, jakby stamtąd miał wyskoczyć jaki łuskoskóry gad.
- Krokodyle morskie są w Australii. – Nie ma się czego bać!
-Nie? To co to jest? Coś okropnie dużego i pewnie drapieżnego! – Tyś mądry, bo wierzysz w swojego lugera, a ja?
Jaka piękna scena z rodzaju: Krokodyl Dundee i niewinna dziennikarka.
- Zrób coś! Takiś mądry, ale sam nie wiesz, co czynić. Ta twoja armata nie zda się na nic w starciu z tym przerażającym potworem.
Czy są potwory nie przerażające? Wątpię. Ale odwaga nie polega na braku strachu, tylko działaniu pod jego presją! Czy jestem odważny. Chyba tak, bo tłumiąc strach przed Asią jako kobietą jednak jakieś działania zaczepne podejmuję.
-Przestań kombinować i powiedz, co robić?
-Joasiu! To są ślady samicy żółwia. Złożyła jaja w dołku, przysypała je piaskiem i wyczerpana prawie do cna dowlokła się do morza. Nie umie chodzić po lądzie: ledwo pełznie i przednimi łapami zostawia krótkotrwały dowód swej bytności.
Niezbyt przekonana, jednak już spokojnie biegnie jak Atalanta i wpada między pochyłe pnie, by po krótkim slalomie oprzeć się o podniesiony pływak łodzi.
Mimo urażonej męskiej dumy (-A widzisz! Kto jest szybszy?) statecznie lawiruję pośród pni palm i dopadam rozpadającego się kadłuba.
Tu niespodziewanie oplatają mnie pachnące morską wodą ręce a rude włosy czerwoną kotarą zasłaniają świat.


Kady, marzec 2006 Aleksander Drewnik







komentarze [ 1] Chcesz skomentować utwór? Zaloguj lub zarejestruj się


Copyright by miastopisarzy.pl